Dwadzieścia dwa lata temu w irackim mieście Karbala rozegrała się bitwa o City Hall – najpoważniejsze starcie polskich żołnierzy od zakończenia II wojny światowej. Po zwycięskiej batalii walki o miasto z udziałem Polaków trwały jeszcze wiele dni i nocy. Wydarzenia te stały się symbolem bohaterstwa naszej armii, jednak początkowo panowała wokół nich zmowa milczenia.
Był 3 kwietnia 2004 roku. Mimo późnej pory Karbala nie spała. W centrum co jakiś czas rozlegały się serie z broni maszynowej. Ogień koncentrował się wokół ratusza, znanego jako City Hall. Im głębiej w noc, tym bardziej kanonada gęstniała, zmieniał się też jej charakter. To już nie były tylko serie z broni manualnej. Syk wystrzeliwanych „erpegów” i ich eksplozje mogły oznaczać jedno: City Hall stał się celem skoordynowanego ataku.
Do kompleksu zmierzał patrol sił szybkiego reagowania. Kolumna Honkerów i BRDM-ów ruszyła z położonej pod miastem bazy Lima po informacji, iż w Karbali „trochę strzelają”. Żołnierze zabrali więcej amunicji niż zwykle. – Ledwie dojechaliśmy, dostaliśmy ogień z karabinów i granatników RPG – wspomina Hubert Świątkiewicz, wówczas dowódca drużyny. – gwałtownie przeskoczyliśmy na teren ratusza i wtedy się zorientowaliśmy, iż brakuje nam tłumacza. Rozpłaszczył się przerażony na pace Honkera. Trzeba było po niego wracać… – relacjonuje podoficer. Dopiero po ściągnięciu cywila w bezpieczniejsze miejsce Świątkiewicz i jego koledzy mogli zająć stanowiska na dachach City Hall.
Symboliczny punkt w mieście
Na początku kwietnia 2004 roku niemal cały południowy Irak ogarnęła fala zbrojnych wystąpień zwolenników szyickiego duchownego Muktady as-Sadra. Jego milicja w krótkim czasie przejęła kontrolę nad wieloma dzielnicami miast. Sytuację dodatkowo komplikowało święto Aszura. Do Karbali przybywały dziesiątki tysięcy szyickich pielgrzymów, a tak wielkie zgromadzenia sprzyjały mobilizacji zwolenników as-Sadra.
Polski kontyngent odpowiadał za bezpieczeństwo dużej części południowo-środkowego Iraku w ramach Wielonarodowej Dywizji Centrum–Południe. W bazie Lima pod Karbalą stacjonowali polscy, amerykańscy i tajscy żołnierze, w samym mieście – Bułgarzy. W znajdującym się w centrum metropolii City Hall mieściły się zaś władze prowincji, komisariat oraz niewielkie więzienie. Kto panował nad ratuszem, ten symbolicznie panował nad miastem. Dlatego w nocy z 3 na 4 kwietnia powstańcy gwałtownie właśnie tam skierowali ogień.
Gwałtowność ataku zaskoczyła Polaków. – Nic nie wskazywało na to, iż wydarzy się coś tak dużego”, przekonuje Rafał Radomski, wówczas starszy kapral i strzelec rozpoznania. Jak jednak przyznaje, już wcześniej zdarzały się trudne sytuacje. Podczas jednego z patroli jego oddział został zablokowany na ulicy. – Z przodu samochód, z tyłu samochód i strzały zza muru. Na szczęście udało nam się wyrwać. – O napięciu w mieście świadczyło też zachowanie bojowników. – Chodzili z bronią zupełnie jawnie – wspomina Jacek Klimanek, wtedy starszy sierżant.
Najbardziej niepokojący sygnał przyszedł ze strony miejscowych formacji bezpieczeństwa. Plut. Paweł Erdmann zapamiętał jedną z nocy poprzedzających wybuch powstania. – W pobliżu naszej bazy stacjonował batalion irackiej policji. W pewnym momencie cały po prostu zniknął. Wiedzieliśmy, iż zabrana przez tamtych broń trafi do przeciwnika.
„Byliśmy jak monolit”
4 kwietnia bitwa rozgorzała na dobre. – Ostra wymiana ognia zaczęła się około pierwszej w nocy. Dopiero gdy muezin zaczął wzywać do modlitwy i zrobiło się jasno, atak wyraźnie osłabł – wspomina Hubert Świątkiewicz. Napastnicy strzelali wprost z ulicy oraz z dachów i okien pobliskich budynków. Do broni manualnej i „erpegów” niedługo dołączyły moździerze. – To ich i snajperów baliśmy się najbardziej – przyznaje Rafał Radomski.
Walki miały swój rytm. – Pół godziny ciszy, pięć minut strzelaniny. Godzina spokoju i znowu kilka, kilkanaście minut ognia – wspomina Paweł Erdmann. W przerwach żołnierze poprawiali stanowiska i łapali oddech – jedli, spali, niektórzy choćby grali w karty. – Ja robiłem zdjęcia. – Radomski uśmiecha się szeroko. – Koledzy się ze mnie podśmiewali, ale potem wszyscy chcieli, żebym im pozgrywał pliki – opowiada nieformalny kronikarz karbalskiej bitwy.
– Bałeś się?” – Po tym pytaniu Paweł Erdmann chwilę się zastanawia. „Z jednej strony ta cała kanonada przypominała mi wtedy sylwestrowe fajerwerki – mówi. – Ale z drugiej, tamci nie odstępowali, a nas walczyło zaledwie kilkudziesięciu i mieliśmy ograniczoną ilość amunicji. Wokół
było wrogie, wielkie miasto, czułem, iż jesteśmy jak samotna wyspa na oceanie. Zwłaszcza nocą, kiedy wiedzieliśmy, iż śmigłowce nie latają i może być problem z logistyką. Był taki moment, w którym uznałem, iż jak przełamią nasze pozycje, to ostatnią pestkę zachowam dla siebie – wyznaje Erdmann. – Nie nadaję się na zakładnika – dodaje.
– Pamiętam jednego z moich żołnierzy. – Do rozmowy włącza się Świątkiewicz. – Chłopak oparł się o ścianę i powiedział, iż nie będzie strzelał. Trzeba było go postawić na nogi. – Każdy musiał sobie w głowie poukładać tę sytuację. – Tylko idiota się nie boi – stwierdza Jacek Klimanek. – Za pierwszym razem wszedłem na dach bez problemu, bo nie wiedziałem, co mnie czeka. Ale kiedy miałem wejść drugi raz…”. – Nasz rozmówca zawiesza głos. – Słyszałem strzały, wiedziałem już, jak to wygląda – relacjonuje. Mimo wątpliwości Klimanek wrócił na stanowisko. Żaden z jego kolegów nie opuścił też swojego. Strach nie znikał, ale przestawał paraliżować. Liczyło się tylko to, żeby utrzymać pozycje i nie dopuścić przeciwnika do budynku. – Byliśmy jak monolit – konkluduje Erdmann.
Dobra organizacja obrony
Ten monolit wcale nie był czymś oczywistym – obrońcy City Hall stanowili mieszankę żołnierzy z różnych jednostek, o innych specjalnościach. Pierwszy atak przyjęli na siebie spadochroniarze z 6 Brygady Desantowo-Szturmowej (dziś 6 Brygada Powietrznodesantowa). Na dachu ratusza spotkali się też pancerniacy, „zmechole” i przeciwlotnicy. Hubert Świątkiewicz przyjechał do Iraku z 10 Brygady Kawalerii Pancernej. Jacek Klimanek służył w 17 Wielkopolskiej Brygadzie Zmechanizowanej. Paweł Erdmann i Rafał Radomski trafili na misję z 21 Dywizjonu Rakietowego Obrony Powietrznej. – U nas były wyrzutnie, rakiety, a w Iraku człowiek dostał karabin i miał patrolować miasto. Sprawy oczywiste dla żołnierzy wojsk lądowych dla nas na początku były trochę jak czarna magia – wspomina Radomski.
Ta „zbieranina” przez kilkadziesiąt godzin utrzymała ratusz w centrum Karbali również dzięki innym uczestnikom bitwy – Bułgarom. – To byli świetni żołnierze. Profesjonalni, robili swoje bez zbędnych emocji. Czuliśmy, iż można na nich liczyć – wspomina Świątkiewicz. Bułgarzy mieli też sprzęt, którego Polakom brakowało. Do ratusza wprowadzili dwa transportery MT-LB uzbrojone w działka kalibru 23 mm. gwałtownie uciszały najgroźniejsze punkty oporu. Podział ról był prosty – Polacy obsadzali dach i prowadzili ogień z broni manualnej, Bułgarzy zapewniali wsparcie cięższym uzbrojeniem. – Patrząc z dachu na plac, obstawiałem lewy narożnik budynku. Byłem tam z dwoma ludźmi. Pilnowaliśmy, żeby nikt nie podszedł od tej strony – wspomina Jacek Klimanek. Na najwyższej części ratusza stanowisko zajmował Paweł Erdmann. – Miałem widok na wąską uliczkę i charakterystyczny czerwony dach, skąd często prowadzono ogień – opowiada. Zmienialiśmy się co kilka godzin – dodaje Hubert Świątkiewicz. Podział zadań i dobra organizacja obrony okazały się najważniejsze dla wyniku walk.
Historia niedopowiedziana
Najcięższe boje o City Hall rozegrały się między 3 a 6 kwietnia 2004 roku, operacja odzyskania miasta – w której wzięła udział część obrońców ratusza – zajęła kolejne trzy tygodnie. W walkach o City Hall poległo co najmniej 60 rebeliantów, Polacy nie ponieśli strat, Bułgarzy mieli jednego rannego. Jacek Klimanek po latach przyznaje, iż on i jego podwładni nie byli przygotowani do walki w mieście, zwłaszcza tej związanej z oczyszczaniem Karbali. – Później starałem się to zmieniać – zapewnia. – Na szkoleniach powtarzałem chłopakom, iż meble czy krzaki nie są osłoną, iż w pomieszczeniach strzela się na bardzo krótkich dystansach i nie trzeba być trafionym, by zginąć lub zostać rannym. Bo kule rykoszetują, bo na ścianach mogą być kafelki, których odpryski też stanowią zagrożenie. W Karbali uczyliśmy się tego wszystkiego na sobie.
– Karbala była dla mnie lekcją pokory – przyznaje Erdmann. Ta refleksja przyszła, gdy z ratusza wrócił do bazy. – Zrzuciliśmy oporządzenie, usiedliśmy, zapaliliśmy papierosy. Zapadła cisza. Nie było euforii, nie było żadnych opowieści. Każdy siedział w swoich myślach. Mnie przyszło do głowy, iż sylwestrowe fajerwerki to jednak było słabe porównanie. Bo przecież każda z tych „petard” mogła nas zabić – mówi Erdmann.
Dziś w jego opowieści – podobnie jak w relacjach pozostałych weteranów – wciąż da się wyczuć tamte emocje. Nic dziwnego – to było dla nich pierwsze tak intensywne zetknięcie z realną walką. Część obrońców City Hall służyła później w Afganistanie. Niemniej Karbala pozostaje istotnym punktem odniesienia. – Uformowała nas jako żołnierzy – precyzuje Hubert Świątkiewicz. Dla uczestników bitwy o City Hall to także historia niedopowiedziana. Z rozmów z nimi wynika, iż chcieliby mieć „coś swojego” – jakąś oficjalną odznakę, która wyróżniałaby ich na tle innych uczestników misji w Iraku. Bo przecież Karbala to była wyjątkowa historia…