„Mewa” na wystawie

polska-zbrojna.pl 9 hours ago

Misja ORP „Mewa” w zespole NATO to nie tylko otwarcie nowego rozdziału w historii polskiej marynarki. To również szansa dla rodzimego przemysłu. Bo prezentacja jednostki w praktycznym działaniu, na międzynarodowym forum, może stanowić znaczący impuls dla potencjalnych kontrahentów z zagranicy.

Były uroczyste przemówienia, defilada, życzenia marynarskiego szczęścia – 1 lipca „Mewa” opuściła port w Gdyni, by na pół roku dołączyć do SNMCMG1, czyli stałego zespołu sił obrony przeciwminowej NATO. Polska kieruje do niego okręty regularnie od ponad dwóch dekad, jednak ta misja ma wymiar wyjątkowy. Po raz pierwszy pod flagą Sojuszu operuje bowiem niszczyciel min Kormoran II – jeden z najnowszych nabytków polskiej marynarki, a zarazem chluba naszego przemysłu stoczniowego. Okręt został od podstaw zaprojektowany i zbudowany w kraju. Tutaj też powstało wiele elementów jego wyposażenia – choćby system zarządzania walką SCOT-M, czy armata OSU-35K.

W swojej klasie Kormorany (czyli okręty projektu 258) śmiało można zaliczyć do najnowocześniejszych na świecie. Nie są to już adekwatnie typowe niszczyciele min, ale raczej wielozadaniowe platformy. Na pokładach przenoszą całą gamę bezzałogowych pojazdów, które pozwalają na skuteczne poszukiwanie, identyfikację i neutralizację min czy niewybuchów, ale również monitoring podwodnej infrastruktury i prowadzenie misji rozpoznawczych.

Polska ma już trzy takie okręty, a niebawem do służby wejdą kolejne trzy. Tymczasem producent – konsorcjum złożone z gdańskiej stoczni Remontowa Shipbuilding, Ośrodka Badawczo-Rozwojowego – Centrum Techniki Morskiej z Gdyni i PGZ Stoczni Wojennej – od lat ostrzy sobie zęby na zagraniczne kontrakty. O zainteresowaniu kontrahentów spoza Polski wspominał już jeden z poprzednich prezesów Remontowej. Było to w 2018 roku, krótko po wcieleniu do służby pierwszego Kormorana. Nazwa konkretnego państwa padła w ubiegłym roku podczas wodowania piątego z kolei okrętu – ORP „Rybitwa”. Wówczas to wicepremier i minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz przyznał, iż o kupnie polskich okrętów rozmawiał ze swoją litewską odpowiedniczką – Dovile Sakaliene. – Litwini rozwijają swoje zdolności w domenie morskiej i chciałbym, aby to poważnie rozważyli – mówił wiceszef polskiego rządu. O promocję polskiego produktu za granicą mają zadbać firmy wchodzące w skład wspomnianego konsorcjum, które podpisały wówczas w tej sprawie list intencyjny. Misja „Mewy” może im w tym tylko pomóc. Okręty projektu 258 wcześniej brały już udział w międzynarodowych ćwiczeniach – ORP „Kormoran” na przykład operował u wybrzeży Szwecji podczas „Cold Response ‘21”, zaś ORP „Albatros” w ubiegłym roku wyruszył do Finlandii, gdzie dołączył do „Freezing Winds”. Przedsięwzięcia te trudno jednak porównywać z półrocznym wyjściem pod flagą NATO. Służba w sojuszniczym zespole to nieustające ćwiczenia, patrole i operacje bojowe – na Bałtyku, Morzu Północnym, Atlantyku. „Mewa” będzie miała mnóstwo okazji, by pokazać pełnię swoich możliwości. Czy taka prezentacja polskiego okrętu sprawi, iż konsorcjum otrzyma długo wyczekiwany zagraniczny kontrakt?

REKLAMA

Na pewno zapotrzebowanie na okręty o tym profilu rośnie. Na Bałtyku w ostatnim czasie doszło do szeregu incydentów noszących znamiona sabotażu. Cywilne statki w dziwnych okolicznościach naruszały podwodne rurociągi i kable telekomunikacyjne. Eksperci, wojskowi i politycy na Zachodzie zgodnie przy tym podkreślali, iż to najpewniej jedna z odsłon rozpętanej przez Rosję wojny hybrydowej. Państwa regionu jak nigdy wcześniej muszą więc strzec kluczowej dla siebie podmorskiej infrastruktury. Bo od tego zależy stabilność ich gospodarek. Do tego dochodzi konieczność neutralizowania niebezpiecznych pozostałości II wojny światowej. U wybrzeży państw bałtyckich, na dnie morza ciągle jeszcze zalegają tysiące starych min i niewybuchów, które są krok po kroku usuwane podczas operacji bojowych.

Polski niszczyciel min ORP „Mewa”.

O ile w przypadku Bałtyku mówimy o wojnie hybrydowej, o tyle na Morzu Czarnym mamy już do czynienia z pełnoskalowym konfliktem zbrojnym. Ukraińskie wody zostały w sporej części zaminowane, i to przez obydwie strony konfliktu. Co więcej, fakt ten zdążyły dotkliwie odczuć też państwa ościenne. Uwolnione z zagród miny dryfowały po morzu, docierając do Bułgarii, Rumunii, a choćby Turcji. Jedna uderzyła choćby w rumuński okręt. To oczywiście nie wszystko. Wojna kiedyś się skończy, a wówczas Ukraina stanie w obliczu potężnego wyzwania – będzie musiała oczyścić podejścia do portów i szlaki żeglugowe.

Miny stanowią też poważny problem w rejonie Zatoki Perskiej. Wystarczy spojrzeć, co dzieje się wokół cieśniny Ormuz, którą Iran chce kontrolować, sięgając między innymi właśnie po tego rodzaju broń…

Państwa położone w newralgicznych regionach świata doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak ważne są sprawne i nowoczesne siły przeciwminowe. Z reguły dążą więc do ich modernizacji bądź rozbudowy. Czasami do jednego i drugiego. I tutaj właśnie otwiera się pole do działania dla polskich firm. Choć przyznać trzeba, iż zadanie przed nimi niełatwe.

Kilka dni temu media obiegła informacja, iż Litwa (przypomnijmy: potencjalny nabywca Kormoranów) chce zamówić cztery okręty przeciwminowe oparte na projekcie modułowej platformy, którą opracowali Norwegowie. w tej chwili Litwini korzystają z dwóch niszczycieli min typu Hunt, służących wcześniej pod banderą Wielkiej Brytanii. Jednostki liczą ponad 40 lat. Do tego dochodzi okręt dowodzenia i wsparcia LNS „Jotvingis”. Sąsiednia Łotwa na razie o nowych okrętach nie myśli. Postanowiła na modernizację pięciu jednostek typu Tripartite. One także, podobnie jak Hunty, pochodzą z lat osiemdziesiątych. Estonia z kolei dysponuje trzema wysłużonymi niszczycielami min typu Sandown, zaś w czerwcu ogłosiła, iż na modernizację floty chce wydać 500 mln euro. Wśród planów jest zakup dwóch wielozadaniowych jednostek, wyposażonych w pojazdy podwodne do zwalczania min. Do przetargu zgłosiły się cztery podmioty, w tym potentaci zbrojeniowi ze Szwecji i Korei Południowej.

Dywizjon niszczycieli min po wojennych stratach od zera odbudowała Ukraina. Tamtejsza marynarka wojenna oparła się na pięciu starych jednostkach Sandown i Alkmaar/Tripartite, które wcześniej operowały pod banderą odpowiednio Wielkiej Brytanii oraz Holandii i Belgii. Na podobne rozwiązanie zdecydowała się Bułgaria, która jesienią ubiegłego roku ogłosiła, iż pozyska od Belgów cztery używane okręty Tripartite. W podobną stronę poszła Rumunia, która w 2023 i 2025 roku wprowadziła do linii dwa przejęte od Wielkiej Brytanii okręty wspomnianego już typu Sandown.

Flotę niszczycieli min rozbudowuje Finlandia, która korzysta już z trzech nowoczesnych jednostek typu Katanpää. O zwalczaniu tego rodzaju zagrożeń coraz intensywniej myślą też państwa Zatoki Perskiej. Zjednoczone Emiraty Arabskie postawiły ostatnio na bezzałogowe systemy od francuskiej firmy Exail, którymi można zawiadywać z brzegu albo pokładu różnego typu jednostek pływających – niekoniecznie niszczycieli min. Czy to wystarczy? I wreszcie: czy sąsiedzi ZEA także pójdą w ich stronę? Pewne jest jedno – wyspecjalizowanych jednostek przeciwminowych mają oni jak na lekarstwo. Najlepsza pod tym względem Arabia Saudyjska dysponuje zaledwie trzema wysłużonymi okrętami typu Sandown.

Tak więc wiele państw, które mogłyby kupić Kormorana, na razie postawiła na szybsze i tańsze opcje. Nie oznacza to jednak, iż polscy producenci są bez szans. Bo pozyskiwanie od ręki czy modernizacja jednostek typu Sandown czy Tripartite to rozwiązanie doraźne. Okręty prędzej czy później trzeba będzie wymienić. Oczywiście Polacy mają sporą konkurencję w postaci dużych koncernów, głównie z zachodniej Europy. Co więcej dla niektórych państw kusząca może się okazać także opcja zastąpienia niszczycieli min systemami bezzałogowymi. Tak czy inaczej w ręku mamy silny atut. Gotowy i coraz bardziej sprawdzony produkt. A to wartość, której trudno nie docenić.

Łukasz Zalesiński , dziennikarz „Polski Zbrojnej”
Read Entire Article