Marokański minister sprawiedliwości Abdellatif Ouahbi przyznał, iż 30 i 31 lipca służby graniczne nie zatrzymywały masowego przejścia do Ceuty, bo Rabat bał się ofiar. Dodał, iż część młodych Marokańczyków działała z pobudek „patriotycznych”. Dla Europy to lekcja: migracja stała się narzędziem polityki i sporu o granice.
Przyznanie z Rabatu
Maroko nie zaprzecza już najważniejszemu elementowi tej historii: jego służby graniczne nie zatrzymały masowego przejścia do Ceuty. Jak podała Rzeczpospolita, powołując się na PAP, minister sprawiedliwości Abdellatif Ouahbi tłumaczył w telewizji Al-Arabija, iż interwencja mogła doprowadzić do wielu ofiar. To wyjaśnienie brzmi humanitarnie, ale nie zamyka sprawy. Otwiera ją szerzej.
Ouahbi wskazał, iż wśród osób przekraczających granicę było wielu młodych Marokańczyków. Według jego relacji część z nich mówiła, iż chce dostać się do Ceuty, ponieważ uważa ją za marokańską. Minister przedstawił to jako motyw „patriotyczny”. W ustach członka rządu nie jest to drobna uwaga. To polityczny sygnał wysłany do Madrytu i całej Europy.
Ceuta jako karta w sporze
Ceuta i Melilla są hiszpańskimi miastami autonomicznymi w Afryce Północnej. Maroko od lat podtrzymuje wobec nich roszczenia, a ostatnie wypowiedzi Ouahbiego ponownie wyciągnęły ten temat na pierwszy plan. ARA informowała, iż minister mówił o „historycznym i geograficznym prawie” Maroka do obu enklaw oraz o potrzebie dialogu z Hiszpanią.
Madryt odpowiedział twardo. Hiszpańskie MSZ przekazało Rabatowi, iż Ceuta i Melilla są częścią integralnej suwerenności Hiszpanii oraz granicą Unii Europejskiej. I właśnie tu widać stawkę. Granica nie jest abstrakcją z traktatów. Jest linią, po której poznaje się, czy państwo ma realną władzę nad swoim terytorium.
Tragedia i presja
Nie wolno zapominać o ludzkim wymiarze tej sprawy. Pod koniec lipca tysiące osób ruszyły przez granicę i przez wodę. Część z nich zapłaciła najwyższą cenę. Według relacji PAP przytaczanej przez polskie redakcje, na cmentarzu w Ceucie rozpoczęto pochówki niezidentyfikowanych migrantów, a do niedzielnego wieczora pochowano 42 osoby. Organizacja Caminando Fronteras szacuje, iż w czasie przeprawy zginęło co najmniej 145 osób.
To są fakty wymagające powagi, nie taniej sensacji. Każde państwo ma obowiązek chronić życie ludzi. Ale państwo ma też obowiązek pilnować granic. Gdy służby jednego kraju odstępują od kontroli, a potem minister uzasadnia część ruchu „patriotyzmem”, powstaje pytanie o mechanizm nacisku. Europa zna ten mechanizm aż za dobrze: migracja bywa wykorzystywana przez państwa trzecie jako narzędzie presji politycznej.
Lekcja dla Polski
Dla Polski wniosek jest prosty. Nie można budować bezpieczeństwa granic na założeniu, iż sąsiad, partner albo państwo tranzytowe zawsze będzie działać lojalnie. Dziś problem dotyczy Ceuty. Jutro podobna logika może pojawić się w innym miejscu, także tam, gdzie interes Brukseli rozmija się z interesem narodowym konkretnych państw.
Prawica nie powinna bać się powiedzieć tego wprost: humanitaryzm bez kontroli granic kończy się chaosem, a chaos uderza najpierw w zwykłych mieszkańców. Ceuta pokazała, jak gwałtownie miasto może stać się zakładnikiem decyzji podjętych poza jego murami. To przestroga dla wszystkich, którzy chcą zastąpić suwerenność europejską procedurą i dobrą wolą partnerów.
Polska potrzebuje polityki twardej, trzeźwej i odpornej na szantaż. Granica musi być broniona przez państwo, nie przez nadzieję, iż ktoś po drugiej stronie uzna nasze bezpieczeństwo za swój priorytet.
Źródło: Do Rzeczy, Rzeczpospolita/PAP, Radio ZET/PAP, ARA, Euronews.
Źródło: Do Rzeczy














