"Mały Oświęcim" w Łodzi
"Mały Oświęcim" w Łodzi
data:29 września 2026 Redaktor: Anna
"Mały Oświęcim" w Łodzi... o którym mało kto słyszał. To był jedyny obóz koncentracyjny dla KILKULATKÓW w okupowanej Polsce.
Po ponad 80 latach w Łodzi pochowano dziesięcioro dzieci, ofiar niemieckiego obozu dla polskich dzieci przy ulicy Przemysłowej. Ich szczątki odnaleziono podczas prac Instytutu Pamięci Narodowej. Dwoje udało się zidentyfikować, byli to Zdzisław Kafarski i Henryk Słaboszewski.
To jedna z najtragiczniejszych, a przez wiele lat jedna ze zdecydowanie zbyt mało znanych historii II Wojny Światowej w naszym mieście, nieznana również szerzej w kraju.

Przez wiele lat mieszkałam w Łodzi przy ulicy Górniczej. Później przeprowadziliśmy się dosłownie obok, na Przemysłową, do jednego z historycznych budynków. Z moim pierwszym dzieckiem chodziłam na spacery do Parku Szarych Szeregów, pod Pęknięte Serce, pomnik poświęcony dzieciom więzionym w niemieckim obozie przy Przemysłowej. Dlatego historia tego miejsca jest ze mną od bardzo dawna. Kiedy mieszka się na obszarze dawnego obozu, w tej chwili będącego osiedlem mieszkaniowym, trudno patrzeć na tę historię wyłącznie jak na kolejny rozdział II wojny światowej. Odbiera się to osobiście.
Obóz funkcjonował w latach 1942–1945, na terenie wydzielonym z łódzkiego getta, a więc "od świata" ogradzał go nie jeden, ale dwa płoty. Stąd wiedza o jego istnieniu była bardzo mocno ograniczona. Ulokowano go w rejonie ulic Przemysłowej, Emilii Plater i Górniczej. Przeszło przez niego około 2 do 3 tysięcy polskich dzieci, przeważnie od ósmego do szesnastego roku życia. Ale były też młodsze, choćby niemowlęta. Ze Śląska, z Wielkopolski, Mazowsza i okolic Łodzi. Z całej Polski, a choćby z zagranicy. Około 200 z nich nie przeżyło. Trafiały tam dzieci osób należących do ruchu oporu i rodzin represjonowanych przez Niemców, ale również dzieci uznane przez okupanta za zaniedbane, włóczące się czy sprawiające problemy. Były głodzone, bite, poniżane i zmuszane do ciężkiej pracy. Choroby, zimno, fatalne warunki sanitarne i niedożywienie były codziennością.
Za każdą z tych liczb stoi konkretne dziecko. Zdzisław Kafarski został brutalnie pobity za to, iż z głodu sięgnął po chleb. Powieszono go za nogi i podtapiano w kanale z nieczystościami. Edmund Agaciński został zatrzymany, kiedy wyszedł po mleko dla swojej małej siostry. Z obozu już nie wrócił. Zastrzelono go podczas próby ucieczki.
I takich historii 2, 4, 7 czy 12-letnich dzieci były tam setki. Jako matce... aż trudno mi sobie to wyobrazić.
Dobrze, iż o tej historii usłyszała teraz cała Polska. Na uroczystości pogrzebowej obecny był Prezydent RP Karol Nawrocki. Powiedział wtedy: „Polska powróciła dziś po swoje dzieci”. Po ponad osiemdziesięciu latach te dzieci dostały wreszcie godny pogrzeb. Ich imiona zostały ponownie wypowiedziane, a ich historie przypomniane.
Jest tylko jedna rzecz, która pozostawiła u mnie duży niesmak. W oficjalnych relacjach z uroczystości nie znalazłam potwierdzenia obecności prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej. o ile rzeczywiście najwyższych władz miasta zabrakło... to po prostu tego nie rozumiem. Na państwowy pogrzeb dzieci zamordowanych w Łodzi przyjeżdża Prezydent Rzeczypospolitej, a zabrakłoby osoby stojącej na czele miasta, którego ta historia jest częścią?
To nie jest okazja do politycznego sporu. Właśnie dlatego obecność najwyższych władz Łodzi powinna być czymś oczywistym.
Dla mnie ulice Przemysłowa i Górnicza zawsze będą miały istotne znaczenie. Cieszę się, iż po tylu latach także poza Łodzią coraz więcej osób dowiaduje się, co wydarzyło się w tym miejscu.
Jeśli chciałbyś dowiedzieć się o tej historii więcej, polecam książkę "Dzieci, których nie ma" Renaty Piątkowskiej. W mojej biblioteczce czeka na przeczytanie też druga na ten temat: "Mały Oświęcim: dziecięcy obóz w Łodzi", napisana przez Błażeja Torańskiego i Jolantę Sowińską-Gogacz.
Dopisek po dyskusji w komentarzach, warto polecić jeszcze te pozycje książkowe:
- "Hitlerowski obóz koncentracyjny dla małoletnich w Łodzi" - Józef Witkowski
- "Chcę żyć" - Tadeusz Raźniewski
- „Dzieci z zielonego autobusu” Artur Ossowski
- "Przemysłowa Concentration Camp The Camp, the Children, the Trials" - Katarzyna Person, Johannes-Dieter Steinert
Bo o tych dzieciach po prostu nie wolno zapomnieć.
Klaudia Domagała
Obóz funkcjonował w latach 1942–1945, na terenie wydzielonym z łódzkiego getta, a więc "od świata" ogradzał go nie jeden, ale dwa płoty. Stąd wiedza o jego istnieniu była bardzo mocno ograniczona. Ulokowano go w rejonie ulic Przemysłowej, Emilii Plater i Górniczej. Przeszło przez niego około 2 do 3 tysięcy polskich dzieci, przeważnie od ósmego do szesnastego roku życia. Ale były też młodsze, choćby niemowlęta. Ze Śląska, z Wielkopolski, Mazowsza i okolic Łodzi. Z całej Polski, a choćby z zagranicy. Około 200 z nich nie przeżyło. Trafiały tam dzieci osób należących do ruchu oporu i rodzin represjonowanych przez Niemców, ale również dzieci uznane przez okupanta za zaniedbane, włóczące się czy sprawiające problemy. Były głodzone, bite, poniżane i zmuszane do ciężkiej pracy. Choroby, zimno, fatalne warunki sanitarne i niedożywienie były codziennością.
Za każdą z tych liczb stoi konkretne dziecko. Zdzisław Kafarski został brutalnie pobity za to, iż z głodu sięgnął po chleb. Powieszono go za nogi i podtapiano w kanale z nieczystościami. Edmund Agaciński został zatrzymany, kiedy wyszedł po mleko dla swojej małej siostry. Z obozu już nie wrócił. Zastrzelono go podczas próby ucieczki.
I takich historii 2, 4, 7 czy 12-letnich dzieci były tam setki. Jako matce... aż trudno mi sobie to wyobrazić.
Dobrze, iż o tej historii usłyszała teraz cała Polska. Na uroczystości pogrzebowej obecny był Prezydent RP Karol Nawrocki. Powiedział wtedy: „Polska powróciła dziś po swoje dzieci”. Po ponad osiemdziesięciu latach te dzieci dostały wreszcie godny pogrzeb. Ich imiona zostały ponownie wypowiedziane, a ich historie przypomniane.
Jest tylko jedna rzecz, która pozostawiła u mnie duży niesmak. W oficjalnych relacjach z uroczystości nie znalazłam potwierdzenia obecności prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej. o ile rzeczywiście najwyższych władz miasta zabrakło... to po prostu tego nie rozumiem. Na państwowy pogrzeb dzieci zamordowanych w Łodzi przyjeżdża Prezydent Rzeczypospolitej, a zabrakłoby osoby stojącej na czele miasta, którego ta historia jest częścią?
To nie jest okazja do politycznego sporu. Właśnie dlatego obecność najwyższych władz Łodzi powinna być czymś oczywistym.
Dla mnie ulice Przemysłowa i Górnicza zawsze będą miały istotne znaczenie. Cieszę się, iż po tylu latach także poza Łodzią coraz więcej osób dowiaduje się, co wydarzyło się w tym miejscu.
Jeśli chciałbyś dowiedzieć się o tej historii więcej, polecam książkę "Dzieci, których nie ma" Renaty Piątkowskiej. W mojej biblioteczce czeka na przeczytanie też druga na ten temat: "Mały Oświęcim: dziecięcy obóz w Łodzi", napisana przez Błażeja Torańskiego i Jolantę Sowińską-Gogacz.
Dopisek po dyskusji w komentarzach, warto polecić jeszcze te pozycje książkowe:
- "Hitlerowski obóz koncentracyjny dla małoletnich w Łodzi" - Józef Witkowski
- "Chcę żyć" - Tadeusz Raźniewski
- „Dzieci z zielonego autobusu” Artur Ossowski
- "Przemysłowa Concentration Camp The Camp, the Children, the Trials" - Katarzyna Person, Johannes-Dieter Steinert
Bo o tych dzieciach po prostu nie wolno zapomnieć.
Klaudia Domagała
Zdjęcia do artykułu :

Zdjęcia do artykułu :














