Henri Lefebvre pisał, iż „codzienność jest miarą wszystkiego”. To w niej sprawdzają się wielkie słowa: wolność, równość, rozwój, solidarność. Możemy długo dyskutować o wzroście gospodarczym i modernizacji, ale ich sens ujawnia się dopiero rano, kiedy ktoś próbuje dostać się do pracy; wieczorem, kiedy sprawdza stan konta; zimą, kiedy zastanawia się, czy podkręcić ogrzewanie.
Wyobraźmy sobie dzień, w którym nie wydarzyło się nic szczególnego. Budzik zadzwonił przed szóstą. Trzeba było przygotować śniadanie, obudzić dzieci, zdążyć do pracy. Później zakupy, telefon do przychodni, opłacenie rachunku za prąd. Zwyczajny dzień… Tyle iż autobus nie przyjechał, najbliższy wolny termin u lekarza jest za kilka miesięcy, a po zapłaceniu rachunków na koncie zostało tyle, by bardzo uważnie zaplanować każdy następny wydatek.
Wyobraźmy sobie jednak także inny dom. Autobus przyjechał, recepta pojawiła się w telefonie, szkoła jest blisko, a zepsuta pralka oznacza kłopot, nie katastrofę. Taka codzienność również jest prawdziwa. Dla milionów ludzi stała się czymś oczywistym… i właśnie to jest jednym z największych osiągnięć ostatnich dekad.
O żadnym z tych dni nie będzie materiału w wieczornych wiadomościach. Nie powstanie alarmujący pasek. Nikt nie zwoła konferencji prasowej. A przecież właśnie w takich dniach, pozbawionych wielkich wydarzeń, rozstrzyga się jakość naszego życia. Obie codzienności mogą istnieć kilkadziesiąt kilometrów od siebie.
Henri Lefebvre pisał, iż „codzienność jest miarą wszystkiego”. To w niej sprawdzają się wielkie słowa: wolność, równość, rozwój, solidarność. Możemy długo dyskutować o wzroście gospodarczym i modernizacji, ale ich sens ujawnia się dopiero rano, kiedy ktoś próbuje dostać się do pracy; wieczorem, kiedy sprawdza stan konta; zimą, kiedy zastanawia się, czy podkręcić ogrzewanie.
Polska jest dobrym przykładem pewnego paradoksu. Oficjalne wskaźniki ubóstwa należą u nas do najniższych w Unii Europejskiej. To sukces, którego nie warto pomniejszać. Jednocześnie, jak pokazuje Eurostat, niemal co czwarty mieszkaniec naszego kraju nie poradziłby sobie z nieprzewidzianym wydatkiem. Wystarczy zepsuta lodówka, nagła wizyta u dentysty albo samochód, który pewnego ranka nie chce zapalić. Kraj może się stawać coraz zamożniejszy, a codzienność części jego mieszkańców przez cały czas pozostawać krucha. Można pracować, płacić rachunki… i wiedzieć, iż jeden zły dzień wystarczy, aby utracić równowagę.
Zwyczajność nie jest bowiem wyłącznie prywatnym osiągnięciem. Opiera się na infrastrukturze, której na co dzień prawie nie zauważamy. Tworzą ją autobus, przychodnia, szkoła, internet, opieka nad dziećmi i osobami starszymi, stabilne zasady zatrudnienia oraz możliwość przetrwania jednego nieprzewidzianego zdarzenia. Nazwijmy ją infrastrukturą zwyczajności. Dostrzegamy ją najczęściej dopiero wtedy, gdy przestaje działać.
Dlaczego więc zwyczajne życie dla jednych stało się oczywistością, a dla innych przez cały czas bywa luksusem?
A jak autobus, którego nie ma
Autobus jest jednym z najmniej efektownych symboli wolności. Nie wywołuje patetycznych przemówień. Po prostu powinien przyjechać…
W dużym mieście spóźniony autobus oznacza zwykle kilka minut czekania na następny. W małej miejscowości może oznaczać utratę wizyty lekarskiej, spóźnienie do pracy albo konieczność proszenia kogoś o pomoc. Czasem autobus jest rano i po południu. Czasem tylko w dni nauki szkolnej. Czasem istnieje wyłącznie na rozkładzie, który bardziej przypomina dokument historyczny niż obietnicę rzeczywistego transportu.
Amartya Sen przekonywał, iż ubóstwo należy widzieć nie tylko jako niski dochód, ale przede wszystkim jako pozbawienie podstawowych możliwości. Nie wystarczy zatem, iż jakaś usługa formalnie istnieje. Liczy się to, czy człowiek może z niej rzeczywiście skorzystać. Wolność nie polega jedynie na tym, iż drzwi są otwarte. Trzeba jeszcze móc do tych drzwi dotrzeć.
Raport Najwyższej Izby Kontroli pozwala zobaczyć skalę tego zjawiska: między 2005 a 2022 rokiem zniknęły niemal dwie trzecie dawnej sieci regionalnych i podmiejskich połączeń autobusowych. Budowaliśmy drogi, z których znikały autobusy… Z każdym wykreślonym kursem czyjś świat stawał się mniejszy: praca była już za daleko, lekarz mniej dostępny, a popołudniowe zajęcia dziecka kończyły się później niż ostatnie połączenie do domu. Po 2022 roku część linii zaczęto odbudowywać, ale państwo przez cały czas nie określiło choćby minimalnego standardu ich dostępności.
Nie wszędzie jednak autobus stał się wspomnieniem. Są samorządy, które odbudowują połączenia i traktują transport nie jak kosztowny dodatek, ale jak warunek rozwoju. Jeden dobrze ułożony rozkład potrafi połączyć szkołę, pracę, przychodnię i dom. To także część współczesnej Polski: codzienność naprawiana bez wielkich słów, kurs po kursie.
Dlatego samochód poza dużym miastem często nie jest oznaką dobrobytu, ale protezą niewydolnego transportu publicznego. Koszt jego utrzymania pojawia się później w budżecie domowym, ale źródło tego wydatku pozostaje niewidoczne. Prywatny portfel płaci za lukę w publicznej infrastrukturze.
C jak czynsz, ciepło i chleb
Domowy budżet jest alfabetem priorytetów. Najpierw mieszkanie. Potem energia, żywność, leki, dojazdy i potrzeby dzieci. Dalej wszystko to, co można odłożyć: dentystę, nowe okulary, naprawę pralki, odpoczynek, kulturę. A na końcu człowiek odkłada samego siebie… na lepszy miesiąc, spokojniejszy czas, bardziej przewidywalną przyszłość.
Pierre Bourdieu nazywał to „smakiem konieczności”. Gdy zasoby są ograniczone, nie zawsze wybieramy to, co naprawdę nam odpowiada. Częściej uczymy się chcieć tego, na co możemy sobie pozwolić. Mówimy, iż nie potrzebujemy wyjazdu, badań profilaktycznych czy nowej kurtki. Że stara jeszcze wytrzyma. Że w mieszkaniu wcale nie musi być tak ciepło. Potrzeby nie znikają. Znikają jedynie z listy rzeczy, o które ośmielamy się upominać.
Trzeba jednak powiedzieć jasno: polskie domy nie są już takie jak dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. W wielu z nich to, co kiedyś uchodziło za luksus, stało się zwyczajnym standardem. Lepsze warunki mieszkaniowe, pełniejsza lodówka, możliwość wyjazdu czy kształcenia dzieci są częścią rzeczywistego awansu. Widzieć wyłącznie braki to nie przenikliwość. Problem polega na tym, iż dla jednych bezpieczeństwo stało się trwałym elementem codzienności, a dla innych wciąż pozostaje kruche.
Ekonomiści próbują uchwycić ten moment dzięki pojęcia minimum socjalnego. Nie jest to granica biologicznego przetrwania. Wyznacza raczej poziom, który pozwala pracować, uczyć się, utrzymywać relacje i skromnie uczestniczyć w kulturze oraz życiu społecznym. adekwatnie jest to granica zwyczajności.
Po jej drugiej stronie człowiek nie zawsze jest głodny ani bezdomny. Często ma pracę, schludne mieszkanie i opłacone rachunki. Tyle iż dentysta musi poczekać, okulary jeszcze „dadzą radę”, zaproszenie do kina wywołuje zakłopotanie, a wakacyjny wyjazd pozostaje obietnicą składaną z roku na rok. Życie trwa, ale powoli ubywa z niego wszystkiego, co nie jest absolutnie konieczne.
Ubóstwo nie zawsze zaczyna się wtedy, gdy lodówka jest pusta. Czasem zaczyna się znacznie wcześniej, gdy każdy nieplanowany wydatek wywołuje lęk. Dziwny dźwięk silnika, ból zęba, wiadomość ze szkoły o wycieczce, coraz głośniejsza pralka… Dla jednych są to zwykłe niedogodności. Dla innych początek finansowej układanki, w której przesunięcie jednego elementu burzy wszystkie pozostałe.
D jak dochód, ale również jego pewność
O dochodach najczęściej rozmawiamy dzięki średnich. Średnia pensja, średni dochód, średnie wydatki. Statystyczny człowiek otrzymuje statystyczne wynagrodzenie i prowadzi życie, którego w rzeczywistości nikt nie prowadzi.
Od lat zajmuję się badaniem ubóstwa i niepewności dochodów. Im dłużej im się przyglądam, tym wyraźniej widzę, iż ich dotkliwość nie polega wyłącznie na braku pieniędzy. Polega również na kurczeniu się przyszłości… czasem do następnej wypłaty.
Znaczenie ma nie tylko wysokość dochodu, ale także jego regularność. Czy wiadomo, ile pieniędzy wpłynie w przyszłym miesiącu? Czy umowa zostanie przedłużona? Czy choroba oznacza chwilową niedogodność, czy utratę podstaw bezpieczeństwa? Czy można zaplanować większy wydatek, czy planowanie kończy się wraz z terminem obecnego zlecenia?
Richard Sennett w Korozji charakteru pokazywał, iż niestabilna praca niszczy nie tylko zawodową pewność, ale także możliwość budowania spójnej opowieści o własnym życiu. Człowiek potrzebuje przyszłości dłuższej niż grafik na kolejny tydzień. Potrzebuje przekonania, iż wysiłek prowadzi do czegoś trwalszego.
Niepewność ma swoją cenę. Płaci się ją stresem, odkładaniem decyzji, zgodą na gorsze warunki pracy i rezygnacją z potrzeb wymagających dłuższego horyzontu. Można mieć dochód pozwalający przetrwać bieżący miesiąc, a jednocześnie nie mieć ekonomicznego bezpieczeństwa. Wtedy koniec miesiąca zaczyna się znacznie wcześniej… czasem już w dniu wypłaty.
Stabilność nie oznacza, iż nic złego nigdy się nie wydarzy. Oznacza, iż jedno złe wydarzenie nie odbierze nam wszystkiego.
G jak godziny, których nie wszyscy mają tyle samo
Brak pieniędzy i niedostępność usług tworzą jeszcze jeden deficyt: deficyt czasu. Każdy nieprzyjeżdżający autobus, każda kolejka i każda odległa przychodnia zamieniają lukę w publicznej infrastrukturze w godziny odebrane prywatnemu życiu. Dobry autobus nie tylko przewozi ludzi. Oddaje im czas. Każdy ma dwadzieścia cztery godziny na dobę. To prawda matematycznie bezbłędna i społecznie fałszywa.
Jedni mogą kupić czas innych: zamówić jedzenie, zapłacić za opiekę, wybrać prywatną wizytę, pojechać samochodem, zlecić naprawę. Inni płacą własnym czasem za brak pieniędzy. Jadą trzema autobusami, czekają w kolejkach, szukają tańszych produktów, wypełniają formularze, naprawiają to, czego nie mogą wymienić. Opiekują się bliskimi po godzinach pracy, najczęściej kosztem snu i odpoczynku.
Ubóstwo czasu jest mniej widoczne niż pusty portfel, ale równie skutecznie ogranicza życie. Odbiera możliwość uczenia się, uczestnictwa w kulturze, dbania o relacje i działalności społecznej. Człowiek może mieć zabezpieczone minimum materialne i przez cały czas nie mieć ani jednej godziny, która naprawdę należy do niego.
K jak kod pocztowy
Kod pocztowy jest jedną z najbardziej niedocenianych zmiennych opisujących ludzkie szanse. Wpływa na dostęp do pracy, szkoły, lekarza, transportu, kultury i opieki. Nie determinuje życia, ale wyznacza liczbę przeszkód, które trzeba pokonać, aby dotrzeć do tego samego celu.
Jedna osoba znajduje interesującą ofertę pracy i sprawdza, którym tramwajem dojedzie na rozmowę. Druga zaczyna od pytania, czy po spotkaniu będzie miała czym wrócić do domu. Oferta jest ta sama. Inny jest koszt skorzystania z niej.
Polska wieś nie jest przestrzenią jednego doświadczenia. W wielu miejscach zmieniła się nie do poznania: pojawiły się lepsze drogi, wodociągi, internet, odnowione szkoły i świetlice, nowe domy, firmy oraz aktywne lokalne wspólnoty. Są wsie, do których ludzie chcą się przeprowadzać i z którymi wiążą przyszłość. To rzeczywisty awans cywilizacyjny, którego nie wolno unieważniać tylko dlatego, iż nie dokonał się wszędzie tak samo.
Wieś wsi nierówna… Jedna jest dobrze skomunikowanym przedłużeniem miasta, druga miejscem, z którego do pracy, szkoły czy lekarza trzeba jechać kilkadziesiąt kilometrów. Geografia może kumulować możliwości, ale może też kumulować ograniczenia. Gdy brak transportu spotyka się z mniejszym rynkiem pracy, trudniejszym dostępem do usług i niższymi dochodami, kod pocztowy staje się kodem dostępu do zwyczajnego życia.
L jak lekarz, do którego każdy ma dostęp… teoretycznie
Prawo do ochrony zdrowia brzmi jednoznacznie. Znacznie mniej jednoznaczna jest droga od prawa do wizyty. Potrzebny bywa samochód, dzień wolny w pracy, internet, umiejętność poruszania się po systemie, pieniądze na badania i ktoś, kto w tym czasie zajmie się dzieckiem albo niesamodzielnym rodzicem.
Znamy ten rytuał. Jest kilka minut przed siódmą. Telefon leży w dłoni, numer do przychodni został wybrany wcześniej, wystarczy nacisnąć zieloną słuchawkę. Najpierw sygnał zajętości, później muzyka, wreszcie głos rejestratorki: na najbliższe tygodnie nie ma już miejsc. Można próbować jutro… albo prywatnie. Prawo do leczenia nie zawsze oznacza realną możliwość leczenia.
Nie można pomijać tego, co się udało. E-recepta, Internetowe Konto Pacjenta i elektroniczne skierowania naprawdę uprościły codzienność wielu ludzi. To nie jest techniczny drobiazg, ale realna zmiana jakości życia. Jednocześnie choćby najlepsza aplikacja nie zastąpi lekarza, zasięgu, kompetencji cyfrowych ani autobusu. Postęp staje się powszechny dopiero wtedy, gdy mogą z niego korzystać również ci, którzy najbardziej go potrzebują.
Czy usługa publiczna jest naprawdę dostępna, jeżeli skorzystanie z niej wymaga pieniędzy, samochodu, wolnego dnia i pomocy drugiej osoby?
P jak praca, która nie zawsze chroni przed biedą
W publicznej debacie wciąż powraca prosta recepta: wystarczy pracować. Jest w niej coś krzepiącego, bo pozwala wierzyć, iż świat jest sprawiedliwy, a dobrobyt stanowi nagrodę za wysiłek. Problem zaczyna się wieczorem, gdy człowiek po całym dniu pracy zdejmuje robocze buty, siada przy kuchennym stole i przesuwa przed sobą rachunki, zastanawiając się, który może poczekać. Nie jest bezrobotny. Nie uchyla się od odpowiedzialności. Zrobił wszystko, czego od niego oczekiwano… a mimo to jeden większy wydatek może odebrać mu równowagę.
Można codziennie wstawać przed świtem, dojeżdżać kilkadziesiąt kilometrów i wykonywać potrzebną społecznie pracę, a przez cały czas nie czuć się bezpiecznie. Rynek wynagradza nie tylko wysiłek. Wynagradza również kwalifikacje, pozycję negocjacyjną, miejsce zamieszkania, sieci kontaktów, mobilność i szczęście. O tym ostatnim mówimy zdecydowanie zbyt rzadko.
Praca dla wielu ludzi rzeczywiście stała się drogą do bezpieczniejszego życia. Wzrost zamożności, nowe zawody i większe możliwości wyboru pozwoliły planować rzeczy, które dla poprzednich pokoleń pozostawały poza zasięgiem. To istotny sukces polskiej transformacji. Słowa „nie zawsze” w tytule tej części są jednak równie ważne: sukces wielu nie powinien czynić niewidzialnymi tych, którzy pracują, ale przez cały czas żyją bez poczucia bezpieczeństwa.
Odpowiedzialność jednostki jest ważna. Ale zaczyna się tam, gdzie istnieje rzeczywisty wybór. Nie da się oszczędnością zastąpić autobusu, zaradnością skrócić kolejki do lekarza ani cięższą pracą rozciągnąć doby. Gdy możliwości nie istnieją, nazywanie przymusu wyborem staje się wygodnym alibi.
Polityka społeczna nie jest przeciwieństwem aktywności zawodowej ani nagrodą za bezradność. Powinna sprawiać, iż choroba, utrata zlecenia, opieka nad bliskim czy chwilowy kryzys nie wyrzucają człowieka poza nawias. Nie chodzi o zwolnienie ludzi z odpowiedzialności za własne życie. Chodzi o to, aby odpowiedzialność była możliwa, a nie heroiczna.
Z jak zdrowie… i zwyczajność
Wszystkie litery tego alfabetu w końcu spotykają się w ciele. Brak transportu oznacza późniejszą diagnozę. Zimne mieszkanie pogarsza stan zdrowia. Niepewny dochód podtrzymuje stres. Nadmiar pracy i brak czasu odbierają sen. Rezygnacja z leczenia rodzi kolejne koszty, a choroba jeszcze bardziej ogranicza zdolność do pracy. Koło się zamyka.
Ciało prowadzi rachunek, którego debata publiczna długo nie zauważa. Zapisuje napięcie, niewyspanie, lęk i odkładane wizyty. To, co przez lata nazywamy zaradnością, oszczędnością albo trudniejszym okresem, pewnego dnia pojawia się w dokumentacji medycznej.
Martha Nussbaum proponuje, aby oceniać społeczeństwo nie tylko według posiadanych zasobów, ale także według tego, „co ludzie rzeczywiście są w stanie robić i kim być”. Czy człowiek może zadbać o zdrowie? Czy może odpocząć? Czy ma wpływ na własne otoczenie? Czy może budować relacje i planować przyszłość? A może całą energię zużywa na utrzymanie kruchej równowagi między następną wypłatą a kolejnym rachunkiem?
Alfabet codzienności mógłby być znacznie dłuższy. B jak bliskość usług. I jak internet. M jak mieszkanie. O jak opieka. S jak szkoła… Każdy dopisałby własne litery. Razem tworzą infrastrukturę zwyczajności, bez której wolność pozostaje pięknym, ale niepełnym słowem.
Nie jest to alfabet narodowej porażki. W wielu miejscach autobus przyjeżdża, szkoła daje dzieciom szansę, cyfrowa usługa oszczędza czas, a lokalna wspólnota potrafi rozwiązać problem, na który długo nie było sposobu. Nie zaczynamy od zera. Zbudowaliśmy już wiele elementów infrastruktury zwyczajności i wiemy, iż potrafimy to robić. Krytyka ma sens właśnie dlatego, iż widzieliśmy, jak wiele może zmienić się na lepsze.
Nie chodzi o to, aby państwo urządzało wszystkim życie według jednego wzoru. Równość nie oznacza jednakowych biografii, a wolność nie sprowadza się do braku formalnych zakazów. Człowiek jest naprawdę wolny dopiero wtedy, gdy ma realne możliwości wyboru.
Być może czas zdefiniować minimum cywilizacyjne nie tylko przez wysokość dochodu. Powinno ono obejmować możliwość dotarcia do pracy i lekarza bez przymusu posiadania samochodu, dostęp do podstawowych usług w rozsądnym czasie oraz bezpieczeństwo pozwalające przetrwać chorobę, awarię lub przejściową utratę dochodu. Nie jest to obietnica szczęścia. To fundament wolności.
Wróćmy do dwóch dni, od których zaczęliśmy. W jednym autobus nie przyjechał, termin u lekarza okazał się odległy, a rachunek zachwiał domowym budżetem. W drugim wszystko po prostu zadziałało. Żaden nie opisuje całej Polski. Problem polega na tym, iż miejsce zamieszkania, dochód i splot życiowych okoliczności przez cały czas zbyt często rozstrzygają, który z nich stanie się naszą codziennością.
Zwyczajne życie nie jest życiem bez ambicji. Jest przestrzenią, w której ambicje w ogóle mogą się pojawić. Dopiero gdy nie trzeba nieustannie walczyć o rzeczy podstawowe, można uczyć się, tworzyć, angażować, ryzykować, pomagać innym… można być naprawdę wolnym.
Wiele jeszcze przed nami, ale naprawdę wiele już za nami. Mądra krytyka nie odbiera znaczenia temu, co się udało. Pyta raczej, dlaczego to, co dla jednych stało się codziennością, dla innych wciąż pozostaje luksusem.
Dobre państwo nie obiecuje wszystkim niezwykłego życia. Powinno jednak sprawić, aby zwyczajne życie nie wymagało codziennego bohaterstwa.














