Jeszcze niedawno wielu Polaków słyszało, iż w ochronie zdrowia brakuje pieniędzy, lekarzy i możliwości leczenia pacjentów. Tymczasem najnowsze ustalenia dziennikarskiego śledztwa Wirtualnej Polski pokazują obraz zupełnie inny – system, w którym publiczne pieniądze są wydawane w sposób iście mafijny i dlatego brakuje ich na leczenie.
Pozornie lekarskie eldorado dotyczy dwóch szpitali – w Miastku i Mogilnie. Z ustaleń dziennikarzy wynika, iż placówki podpisały umowy z prywatną spółką neurochirurgów, mimo iż nie posiadały oddziałów neurochirurgii ani odpowiedniej infrastruktury do prowadzenia tego rodzaju działalności. Co więcej, warunki współpracy miały zostać zaproponowane przez samą spółkę lekarzy, a dyrekcje szpitali zaakceptowały je bez negocjacji i bez konkursu ofert. Najpoważniejsze zarzuty dotyczą jednak nie wysokości wynagrodzeń, ale sposobu rozliczania świadczeń.
Według ustaleń Wirtualnej Polski oraz kontroli NFZ lekarze mieli wykonywać krótkie zabiegi przeciwbólowe, które normalnie mogą być realizowane ambulatoryjnie. Tymczasem dokumentacja miała wskazywać wykonywanie znacznie droższych procedur wymagających hospitalizacji. Kontrolerzy NFZ uznali, iż pacjenci w rzeczywistości nie byli hospitalizowani w sposób odpowiadający rozliczanym świadczeniom, co zakończyło się wielomilionową karą dla szpitala w Mogilnie. Sprawę bada w tej chwili prokuratura.
Skala finansowa całego procederu robi ogromne wrażenie. Z ujawnionej dokumentacji wynika, iż lekarze otrzymywali około 65 procent wartości rozliczanego świadczenia. Oznaczało to, iż za pojedynczy zabieg mogli uzyskiwać ponad 4 tysiące złotych, podczas gdy szpital zatrzymywał około 2,2 tysiąca złotych. Według materiałów opublikowanych przez Wirtualną Polskę zdarzały się dni, w których wykonywano po kilkadziesiąt zabiegów w ciągu kilku godzin, a jeden z lekarzy miał jednego dnia wykonać ich aż 72. Wartość wystawionych tego dnia faktur przekraczała 300 tysięcy złotych.
Jeżeli ustalenia śledztwa oraz kontroli NFZ znajdą pełne potwierdzenie w postępowaniach prowadzonych przez organy ścigania, będziemy mieli do czynienia z jednym z największych skandali finansowych w historii polskiej ochrony zdrowia.
Jeszcze bardziej niepokojący jest sam mechanizm. Prywatna spółka korzystała z publicznej infrastruktury, personelu oraz sprzętu finansowanego przez podatników. Pacjenci byli przyprowadzani do szpitala, świadczenia rozliczano z NFZ, a zdecydowana większość pieniędzy trafiała do prywatnego podmiotu. W praktyce państwowy szpital przejmował na siebie organizację i ryzyko, natomiast największym beneficjentem finansowym miała być prywatna firma.
To pokazuje znacznie większy problem niż pojedynczy przypadek. Od wielu lat w polskiej ochronie zdrowia utrwalił się system wynagradzania oparty na liczbie wykonanych procedur. Tam, gdzie wynagrodzenie zależy przede wszystkim od ilości świadczeń, zawsze pojawia się pokusa maksymalizacji produkcji. W fabryce kończy się to gorszą jakością produktu. W medycynie może prowadzić do niepotrzebnych procedur, zawyżania rozliczeń albo nadużyć dokumentacyjnych. Dlatego warto postawić pytanie, czy obecny model kontraktowania i rozliczania świadczeń nie wymaga głębokiej reformy.
Niepokój budzi również kwestia nadzoru nad publicznymi szpitalami. Jak wynika z informacji medialnych, umowy o ogromnej wartości finansowej były podpisywane przez osoby zarządzające placówkami, które nie zawsze posiadały doświadczenie w zarządzaniu ochroną zdrowia. Nie oznacza to automatycznie nieprawidłowości, jednak rodzi pytanie, czy przy podejmowaniu decyzji dotyczących milionów złotych obowiązują wystarczające standardy kompetencyjne i mechanizmy kontroli.
W debacie publicznej pojawiają się głosy, iż wystarczy zmienić wyceny świadczeń finansowanych przez NFZ. Trudno jednak uznać to za rozwiązanie problemu. o ile system pozwala osiągać ogromne zyski dzięki wykorzystywaniu luk organizacyjnych lub błędów w sposobie rozliczeń, to sama zmiana stawek nie usunie przyczyn patologii. Zawsze znajdzie się kolejna procedura, którą będzie można wykorzystać w podobny sposób.
Najważniejsze pytanie brzmi dziś jednak inaczej. o ile istnieją dokumenty wskazujące na możliwość fałszowania dokumentacji medycznej, nieprawidłowego rozliczania świadczeń lub wyłudzenia środków publicznych, społeczeństwo ma prawo oczekiwać sprawnego działania prokuratury i innych adekwatnych służb. Tego rodzaju zarzuty należą do najpoważniejszych w obszarze gospodarowania publicznymi pieniędzmi i powinny zostać dokładnie wyjaśnione. Równie ważne jest ustalenie, czy podobny mechanizm nie funkcjonował także w innych placówkach.
Nie można również zapominać, iż zdecydowana większość lekarzy wykonuje swoją pracę rzetelnie i uczciwie. Tym bardziej środowisko medyczne powinno być zainteresowane szybkim wyjaśnieniem tej sprawy. o ile doszło do nadużyć, uderzają one nie tylko w budżet państwa, ale również w zaufanie społeczne do całego zawodu lekarza.
Każda złotówka wyprowadzona z publicznego systemu ochrony zdrowia oznacza bowiem mniej pieniędzy na leczenie pacjentów, krótsze kolejki, nowoczesny sprzęt i wynagrodzenia dla tych medyków, którzy każdego dnia wykonują swoją pracę zgodnie z etyką zawodową.
Sprawy z Miastka i Mogilna to nie odosobnione incydenty. ONe jedynie odsłaniają znacznie większy problem systemowy. To niemal pewne, iż w innych szpitalach mamy do czynienia z równie bulwersującymi praktykami mafijnymi. To właśnie z tego powodu, służba zdrowia wydaje się workiem bez dna – im więcej do niej wsypiemy, tym więcej w niej brakuje, ale za to nieliczna elita opływa w luksusy jak perscy satrapowie.
Polecamy również: Lewica bez dotacji? Nagle robi się problem







