Kraków obalił Miszalskiego. Bojkot obrócił się przeciw niemu

magnapolonia.org 2 hours ago

Kraków powiedział „dość” „jebaćpisowi” Aleksandrowi Miszalskiemu. Zrobił to w sposób, którego jeszcze kilka tygodni temu obóz lewicowo-liberalny panicznie próbował uniknąć: przy urnach, w demokratycznym głosowaniu, z frekwencją wystarczającą do ważności referendum. Według sondażu late poll OGB i Stan360 dla Polsat News za odwołaniem prezydenta Krakowa opowiedziało się aż 97,8% głosujących, a przeciw było zaledwie 2,2%. Dodatkowo, 96% wyborców poparło odwołanie kliki Miszalskiego z Rady Miasta. Frekwencja wyniosła 31,8%, co oznacza, iż referendum jest wiążące.

Kraków obalił Miszalskiego. Wynik referendum jest politycznie druzgocący. To nie „żółta kartka”, nie „sygnał ostrzegawczy”, ale pełnowymiarowy nokaut, zwłaszcza iż jeszcze niedawno krakowski establishment próbował przekonywać mieszkańców, iż najlepszym sposobem obrony demokracji jest… nieuczestniczenie w głosowaniu. Kampania referendalna przejdzie do historii jako jedna z bardziej kuriozalnych operacji politycznych ostatnich lat: prezydent dużego miasta i jego zaplecze nawoływali obywateli do bojkotu referendum, czyli instrumentu demokracji bezpośredniej.

Trudno o bardziej spektakularny przykład politycznej buty. Miszalski nie próbował wygrać referendum argumentami. Nie przekonywał, iż jego polityka transportowa, finansowa czy kadrowa zasługuje na dalszy mandat i iż zielonokomunistyczna „Strefa Czystego Transportu” jest czymś dobrym. Strategia była prostsza: zniechęcić ludzi do udziału, wyzywając opozycję od ruskich onuc i licząc, iż frekwencja nie dopisze. Innymi słowy: jeżeli mieszkańcy są źli, najlepiej, żeby zostali w domach. Taka nowoczesna wersja obywatelskości według Platformy — demokracja jest wspaniała, dopóki ludzie głosują na „naszych”.

Problem polega na tym, iż Kraków najwyraźniej naprawdę się zirytował. Kampania opozycji, prowadzona konsekwentnie od miesięcy, trafiła na podatny grunt. Punktem zapalnym stała się przede wszystkim tzw. „Strefa Czystego Absurdu”, która dla wielu mieszkańców symbolizowała oderwanie władz miasta od codziennych problemów zwykłych ludzi. Według badań to właśnie SCT była najczęściej wskazywanym powodem udziału w referendum. Kolejne miejsca zajęły rosnące zadłużenie miasta, nepotyzm i sposób zarządzania miejskimi spółkami.

To był szerszy bunt przeciwko stylowi rządzenia. Coraz wyższe koszty życia, chaos komunikacyjny, wojny ideologiczne i promocja dewiacji oraz masowej imigracji zamiast rozwiązywania praktycznych problemów — wszystko to nałożyło się na wizerunek władzy przekonanej, iż wie lepiej. A im bardziej otoczenie Miszalskiego mówiło mieszkańcom, iż referendum jest „niepotrzebne”, „polityczne” albo wręcz „szkodliwe”, tym bardziej rosła mobilizacja po drugiej stronie.

Szczególnie ironicznie brzmi dziś retoryka o „obronie demokracji”. W polskiej polityce regularnie słyszymy, iż wybory i referenda są „świętem demokracji”, ale najwyraźniej tylko wtedy, gdy wynik odpowiada aktualnej władzy. Gdy pojawiło się realne ryzyko przegranej, nagle obywatelskie uczestnictwo zaczyna przeszkadzać. Frekwencja staje się wówczas wrogiem, a urna wyborcza śmiertelnym zagrożeniem. Z kolei obywatel idący głosować to problem do zneutralizowania.

Kraków odpowiedział na to bardzo brutalnie. Ponad 97% głosów za odwołaniem prezydenta to wynik nie tyle wyborczy, co politycznie upokarzający. Pokazuje on nie tylko skuteczność opozycji, ale również całkowite fiasko strategii bojkotu. Ostatecznie mieszkańcy uznali, iż skoro władza tak bardzo boi się referendum, to może jednak warto pójść i sprawdzić dlaczego.

Od teraz Miszalski będzie już do końca życia zapamiętany jako ten, który został znokautowany w referendum. Jego kariera polityczna jest praktycznie skończona.

Polecamy również: Kolumbijczycy w Polsce. Kto płaci za ten eksperyment?

Read Entire Article