Tworzenie się w każdej strukturze frakcji, koterii, grup nacisku, jest naturalne i wynika z praw przyrody. Dotyczy to także partii politycznych. Zjawisko to opisał badacz życia zwierząt Konrad Lorentz w książce „Tak zwane zło” wykazując, iż agresja wewnątrz gatunkowa jest mechanizmem napędzającym rozprzestrzenianie się gatunku, a zasiedlanie nowych terytoriów wynika nie tyle z szukania lepszych pastwisk, tylko z niechęci do przebywania w pobliżu swoich kolegów czy krewnych. Jest to b. silna motywacja pozwalająca przystosować się do najgorszych warunków, byle być dalej od swych pobratyńców. Zjawisko to jest szeroko wykorzystywane przez różne służby, gdyż pozwala małym kosztem wykorzystując tarcia wewnętrzne rozbijać organizmy polityczne im niemiłe. Konkurencja wewnątrz grupowa hamuje sprawność całej struktury zużywając wiele energii na walkę wewnętrzną, ale nie da się jej uniknąć. Rolą lidera jest, by konkurujące grupy mimo wszystko „ciągnęły wózek” w tym samym kierunku. To udawało się przez dziesięciolecia Jarosławowi Kaczyńskiemu. Po smutnym i żenującym rozbiciu partii, wyborcy PiS-u byli w ciężkiej rozterce. Dziś po głosowaniu w sprawie nic nie znaczącej wicemarionetki Sejmu już mają tzw. czystą sytuację strzelecką (jak mówią piłkarze) – decyzję za nich podjęli Zembaczyński, Trela, Czarzasty, Tusk i cała reszta. Zastosowana w KO dyscyplina głosowania świadczyła o jego wadze z ich punktu widzenia. Mogło chodzić tylko o dowartościowanie Rozwoju+, by utrzymać podział i zapobiec ew. powrotom synów marnotrawnych na łono parii – matki. Zdaniem „obozu demokratycznego” Marcin Horała będzie lepiej wypełniać obowiązki wicemarszałka Sejmu, a my wiemy jak głosować.











