Kongres KINGS w Łochowie – Przepisy na Polskę wg. Konfederacji Grzegorza Brauna

dakowski.pl 5 hours ago

Kongres KINGS w Łochowie

– przepisy na Polskę

Konfederacji Grzegorza Brauna

pch24.pl/kongres-kings-w-lochowie-przepisy-na-polske-konfederacji-grzegorza-brauna

(Fot. Facebook / Grzegorz Braun)

Środowisko polityczne skupione wokół Grzegorza Brauna stworzyło wspólną przestrzeń dla wielu środowisk spychanych na margines przez establishment III RP. Sobotni Kongres Inicjatyw Narodowych, Gospodarczych i Samorządowych (KINGS) odbył się w Łochowie z udziałem ponad 700 osób. Udział w nim wzięły też niezależne wydawnictwa i media.

Na wstępie panelu poświęconego kwestii wolności słowa moderator, redaktor Jan Pospieszalski zwrócił uwagę, iż w „demokratycznej” Unii Europejskiej nie tak dawno doszło do kilku przypadków zabójstw dziennikarzy. Ma to wywoływać i wywołuje tak zwany efekt mrożący – powoduje, iż niektórzy inni przedstawiciele tej branży będą powstrzymywać się od zabierania głosu w tematach niewygodnych dla władzy czy innych wpływowych sił.

Notoryczne dzisiaj ingerencje w wolność słowa realizowane są na różne sposoby. Należy do nich nadużywanie istniejących regulacji unijnych i państwowych.

Mecenas Rafał Dorosiński z instytutu Ordo Iuris powiedział, iż najwięcej – bo ponad 12 tysięcy – aresztowań za komentarze w mediach społecznościowych miało miejsce w Wielkiej Brytanii (dane dotyczą roku 2023). Daleko za Wyspami znalazły się w tej klasyfikacji Białoruś i Niemcy.

Sfera wolności słowa jest w tej chwili przestrzenią radykalnych, wciąż rosnących represji. Jednym z podstawowych, służących temu narzędzi jest koncepcja tak zwanej mowy nienawiści. Raz po raz słyszymy, iż trzeba walczyć z „mową nienawiści”; iż stanowi ona dla życia społecznego podstawowe zagrożenie.

Pojęcie to – jak zaznaczył prawnik – nie wzięło się znikąd. Ma bardzo jednoznaczne, marksistowskie korzenie. Zostało ukute w ramach krytycznej teorii rasy. Weszło w obieg na początku lat 90. minionego wieku, z czasem stając się jedną z gałęzi ruchu woke („przebudzonych”).

Po II wojnie światowej, w trakcie debaty o traktatach odnoszących się do praw człowieka, państwa bloku sowieckiego szczególnie mocno naciskały żeby do unijnych traktatów wpisać zakaz propagowania „nienawiści”. Ich przedstawiciele utrzymywali, iż zakaz nawoływania do przemocy nie wystarcza, gdyż – jak się wyrażali – „nie uderza w korzenie zła”. Należało zatem, w ich mniemaniu zdelegalizować „nienawiść”. – To długa tradycja sowiecka: stosowanie pojęć niejasnych, niedookreślonych, dających rządzącym swobodę rozstrzygania, jakie zachowanie jest „nienawistne”, a jakie nie jest – zauważył mecenas Dorosiński.

Na Zachodzie tak zwani intelektualiści przenieśli filozoficzne koncepcje marksistowskie – konkretnie walkę klas – na obszar kultury. Mamy więc do czynienia z permanentnym generowaniem konfliktu pomiędzy kobietami a mężczyznami, między mniejszościami seksualnymi a „normalsami”; między białymi a kolorowymi, i tak dalej.

Inżynierom społecznym potrzebny jest „nowy proletariat”, gdyż ten pierwotny w postaci klasy robotniczo-chłopskiej, nie spełnił swojej roli ze względu na swe dominujące nastawienie konserwatywne. Nowa lewica odnalazła ów „nowy proletariat” w różnego rodzaju grupach znajdujących się na marginesie.

Obecnie w głównym nurcie opinii cała debata wokół nienawiści, zwalczania dyskryminacji, koncentruje się wokół tych właśnie środowisk. – Wszyscy wiemy, jak obsesyjnie chroni się imigrantów i prowadzi politykę wspierania ich – zauważył mecenas Dorosiński. Dotyczy to rozmaitych grup mających potencjał destabilizowania społecznego porządku. Taki wpływ wywierają na przykład „mniejszości seksualne” w odniesieniu do rodziny.

Takie koncepcje jak „mowa nienawiści” zbudowane są wokół uciszania jednych poglądów, a wynoszenia na piedestał innych. Promowane są postawy i idee, które mają potencjał anarchizujący stosunki społeczne.

Innym skutecznym narzędziem jest walki z „dezinformacją”, malinformacją (prawdziwe informacje podawane rzekomo w złej intencji) i „misinformacją” (przekazywanie fałszywych informacji w sposób nieświadomy).

Również ten wytrych radykalnie wpływa na kształt debaty i wolności słowa.

Jan Pospieszalski nawiązał do kwestii swobody prowadzenia badań naukowych i wygłaszania tez „niezatwierdzonych” przez akademicki oraz medialny główny nurt. Wymienił w tym kontekście kilka przykładów.

Ojciec Michał Chaberek OP zajmujący się krytyczną wobec darwinizmu teorią inteligentnego projektu, w ramach uniwersyteckiego konserwatorium próbował zorganizować debatę pod hasłem „Wiara i rozum”. Spotkała go za to nie tylko napastliwa krytyka mediów, m.in. „Głosu Wielkopolskiego”, ale także ataki ze strony kurii biskupiej.

Dziennikarz Piotr Semka miewał wielokrotnie problemy z organizacją spotkań na temat polityki niemieckiej.

Rektor Uniwersytetu Toruńskiego nie pozwolił na publiczny wykład prof. Władysława Sinkiewicza na temat społecznych skutków procederu zabijania dzieci poczętych.

Oprócz więc represyjnych i stosowanych wybiórczo regulacji państwowych oraz nacisków władz różnego rodzaju i szczebla, istnieje jeszcze „polityczna poprawność” i kneblowanie debaty naukowej.

Do tłumienia opinii społecznej używa się bardzo chętnie artykułów Kodeksu karnego: 212 (zarzuty zniesławienia) oraz 216 (znieważanie).

Jan Pospieszalski doliczył się ponad 100 postępowań tego rodzaju, wytoczonych przedstawicielom tylko jednego środowiska skupionego wokół „Gazety Polskiej” i Telewizji Republika. Jak zwrócił uwagę, słynna ostatnio, zakończona skazaniem sprawa rzekomych gróźb emerytki z Torunia wobec Jerzego Owsiaka, została wszczęta na wniosek „pokrzywdzonego”.

Bez przesady z tą wolnością

Ostatnie 5 lat zmieniły nasze postrzeganie rzeczywistości – wskazał Paweł Lisicki. Pierwszym punktem zwrotnym, gdy uznano powszechnie, iż kategoria wolności słowa w pewnych przypadkach przestaje obowiązywać, była „słynna pseudopandemia”.

– Grupa skupiona wokół ośrodków władzy może narzucać swoje decyzje „w imię dobra wspólnego”, o którym decydują oni sami – opisał ten mechanizm redaktor naczelny „Do Rzeczy”. Wśród głównych rozgrywających w tamtym czasie wymienił ówczesnego szefa rządu Mateusza Morawieckiego oraz wicepremiera odpowiedzialnego za bezpieczeństwo, Jarosława Kaczyńskiego.

„Gdybym mógł, to bym poszedł na całość: wszyscy musieliby zostać zaszczepieni” – cytował słowa szefa PiS redaktor Lisicki.

Te same argumenty o nieważności zasady wolności w obliczu „siły wyższej” powtarzali zresztą także inni zachodni przywódcy. Twierdzili, iż owszem, każdy jest wolny, ale swoboda kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innych ludzi. Moja nie może stwarzać zagrożenia dla innych. – Gdyby zastosować takie założenie w sposób konsekwentny, w ogóle zostalibyśmy pozbawieni wolności – zauważył red. Lisicki.

Współczesna ideologia polega na tym, iż fakty nie mają znaczenia. W ostatnim czasie czytałem masę artykułów, których autorzy przekonywali, iż im jest zimniej, tym tak naprawdę jest cieplej. A to, iż nam się wydaje inaczej, jest jedynie kwestią subiektywnego odczucia – zauważył.

Publicysta przytoczył zabawne w gruncie rzeczy zdarzenie, do którego doszło podczas przemowy inaugurującej ponowną kadencję prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa w styczniu 2025 roku. Oznajmił on: „od tej pory państwo amerykańskie będzie uznawało, iż są tylko 2 płcie: mężczyzna i kobieta”. To jakże „odkrywcze” stwierdzenie spotkało się z reakcją słuchających w postaci owacji na stojąco.

– Ta sytuacja dobrze pokazuje obecny stopień szaleństwa – podsumował redaktor Lisicki.

Oczywiście wolność można w ten sposób reglamentować na różne sposoby. Na przykład: rzekome nadużywanie wolności oddychania w postaci korzystania z domowego kominka władza karze odbieraniem takiej możliwości.

Panelista powiedział, iż podczas „pandemii” w latach 2020 i 2021 na masową skalę zaczęto posługiwać się w propagandzie paradygmatem jednej, powszechnie obowiązującej „prawdy”. Inaczej myślących należy w myśl tej filozofii wykluczać z publicznej debaty.

Widać to też w przypadku kwestii klimatycznych. Ludzie domagający się twardych dowodów naukowych na tezę o wywołanym przez człowieka globalnym ociepleniu, piętnowani są jako „negacjoniści”, co kojarzy się mało przychylnie.

Tak zwane politycznie poprawne ideologie narzucane są społeczeństwom poprzez media. W nagrodę otrzymują one od potężnych sponsorów wielkie pieniądze za udział w kolejnych przedstawieniach.

Gdy na agendzie pojawił się dogmat walki z globalnym ociepleniem, największe środki przekazu promowały książkę proroka tej ideologii Billa Gatesa. Prasa i portale publikowały mnóstwo artykułów na ten temat, oczywiście tylko w jednym, słusznym tonie. Z czasem okazało się, iż do powyższych redakcji szerokim strumieniem płynęły wpłaty od organizacji należących do byłego szefa Microsoftu, który – nawiasem mówiąc – w ostatnim czasie zdążył już zmienić zdanie na temat kluczowego znaczenia „walki z klimatem” dla naszej przyszłości.

Jak ułomna jest debata publiczna w Polsce, pokazała też wojna na Ukrainie. Jak wskazał mówca, zasadniczo powinniśmy być zdolni do jasnego, nieskrępowanego definiowana własnego interesu. Tymczasem każdy, kto ośmiela się zgłaszać odrębne opinie w określonych istotnych kwestiach, pozycjonowany jest jako szpieg, wróg i obcy agent. Znów – podobnie jak przy okazji kategorii „mowy nienawiści” – trzeba tu nawiązać do czasów rewolucji bolszewickiej oraz Rosji Sowieckiej. To komuniści stosowali bowiem tę przewrotną metodę na masową skalę.

Wspólny mianownik tych trzech sytuacji [„pandemii”, globalnego ocieplenia, wojny na Ukrainie] stanowi budowanie globalnego systemu odbierającego ludziom zdolność samodzielnego myślenia, a także pozbawiający ich rozsądku i wolności. Naszą reakcją musi być w tej sytuacji obrona posługiwania się rozumem, odrzucanie szufladkowania każdego, kto ma „niepoprawne” poglądy.

W dalszej części panelu mecenas Dorosiński mówił o mechanizmie fact-checkingu, jako jednym z kluczowych elementów nowego systemu. Wielkie korporacje zobowiązały się płacić organizacjom zajmującym się „weryfikacją faktów”. Zgodnie z zawartym w tej sprawie porozumieniem, muszą jednak należeć do jednej z dwóch organizacji skupiających fact-checkerów. Pierwsza powstała z inspiracji amerykańskiego Departamentu Stanu w trakcie rządów Joego Bidena i za pieniądze Gatesów oraz George’a Sorosa. Drugą stworzyła Unia Europejska.

Taki dobór „weryfikatorów faktów” ma decydujący wpływ na kształt tej weryfikacji. Kiedy w 2020 roku w Polsce odbywały się na dużą skalę nakręcane przez media marsze feministyczne, liderki tego ruchu otwarcie nawoływały do robienia „dymu w kościołach”. Takie publiczne wezwania nie spotykały się jednak z oskarżeniami o „mowę nienawiści”.

Jak zwracał uwagę mecenas Dorosiński, regulowanie kwestii wolności słowa zawsze wymaga wprowadzenia jasnych standardów. Nasze mają za swoje źródło dorobek kultury zachodniej wyrastającej z filozofii greckiej, prawa rzymskiego i etyki chrześcijańskiej.

Druga strona nie przyznaje się do źródeł swoich rewolucyjnych inspiracji.

Energetyka: zejść z drogi prowadzącej do katastrofy

W panelu poświęconym energetyce wziął między innymi dr inż. Mirosław Gajer z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Jak podkreślił, niezbędną częścią każdego systemu elektroenergetycznego są stabilne źródła energii. Krajowy system musi generować dokładnie tyle mocy, ile wymaga operator, czyli ile wynosi aktualne zapotrzebowanie.

Przez 24 godziny na dobę mogą pracować elektrownie węglowe, gazowe i atomowe. Niczego innego ludzkość dotychczas nie wymyśliła. Opowieści o kontrolowanej syntezie termojądrowej możemy traktować w kategoriach science-fiction – zaznaczył uczony.

W grudniu minionego roku aż 67 procent wytworzonej w naszym kraju energii pochodziło z węgla. – Jesteśmy w stanie przetrwać tę zimę dlatego, iż wybudowano w 70. latach XX wieku szereg elektrowni węglowych. W styczniu wspomniany udział węgla w systemie może być jeszcze większy – wskazywał dr inż. Gajer.

W marcu 2021 roku zapadła decyzja o wyburzeniu powstającej w Ostrołęce nowoczesnej elektrowni węglowej o bardzo ograniczonej emisji zanieczyszczeń. W opinii naukowca stało się wówczas jasne iż żaden blok węglowy w naszym kraju już nie powstanie. Czy więc realne jest zastąpienie „czarnego złota” na przykład energią z gazu?

Światowy rynek budowy bloków gazowo-parowych zdominowany jest przez 3 koncerny: General Electric, Siemens oraz Mitsubishi. W kolejce do nich czeka się w tej chwili choćby 5 lat – turbiny parowe nie leżą na półce w sklepie – wyjaśniał dr inż. Gajer.

Jak daleko pozostajemy od celu w kwestii budowy elektrowni atomowych? Dla przykładu, sąsiadująca z nami niewielka Słowacja posiada pochodzące z czasów komunistycznych dwa tego rodzaju zakłady. Mają one zainstalowane łącznie około 2,5 GW mocy.

Gdybyśmy chcieli w Polsce dojść do takiego samego poziomu zaspokojenia zapotrzebowania, powinniśmy – proporcjonalnie – zainstalować 18 GW mocy. Oznacza to konieczność wzniesienia aż 6 takich elektrowni jak u południowych sąsiadów. Tymczasem wiemy już, iż przed rokiem 2040 nie powstanie ani jedna.

Francuzi budowali swoje bloki jądrowe po kilkanaście lat. w tej chwili jednak proces ten trwa jeszcze dłużej i jest droższy.

Polska elektrownia ma kosztować co najmniej tyle, ile musielibyśmy wydać na 20 bloków węglowych w zlikwidowanej elektrowni w Ostrołęce.

Aby nasz system był racjonalny, udział w nim węgla powinien wynosić co najmniej 50 procent – ocenił dr inż. Mirosław Gajer.

Dr inż. Jerzy Majcher wskazał, iż nie istnieje bezpieczeństwo militarne kraju bez bezpieczeństwa energetycznego jego gospodarki. Trzeba więc uporządkować gospodarkę energetyczną tak by służyła rozwojowi państwa. Na progu tak zwanej transformacji ustrojowej, w 1990 roku Polska – wyłączając paliwa płynne – nie tylko była w tej sferze samowystarczalna, ale i eksportowała energię. Dzisiaj importujemy rocznie 12 procent swojego zapotrzebowania i już jesteśmy uzależnieni od dostaw z zewnątrz.

Równocześnie prowadzona jest przez władze państwowe oficjalna polityka dekarbonizacyjna. Zagrożenie widoczne jest już poprzez pryzmat harmonogramu wyłączeń elektrowni węglowych, stanowiących podstawę bezpieczeństwa. Naukowiec zachęcał do przyjrzenia się treści zamieszczonego na stronach rządowych Krajowego planu na rzecz energii i klimatu na lata 2021 – 2030. Wynika z niego, iż władze konsekwentnie dążą do pozbycia się przez Polskę stabilnych źródeł.

Są wycinane, siedzimy na gałęzi i piłujemy od strony pnia – obrazowo nakreślił sytuację naukowiec.

Plan zakłada natomiast przyspieszenie rozwoju kapryśnych OZE, w tym umieszczenie 205 gigawatów mocy w fotowoltaice, wiatrakach i magazynach energii. Ten sam dokument przewiduje, iż będziemy mieć do czynienia z „luką mocową”. – Co to oznacza dla odbiorców? Racjonowanie dostaw energii. Nie zapewniają nam ciągłości zasilania, nie mówiąc już o jakości energii – wskazywał prof. Majcher.

W rządowy projekt wpisane są zatem znane starszym pokoleniom z własnego doświadczenia stopnie zasilania, czyli ograniczenia w dostawach. Redukcja poboru czeka również przedsiębiorców, co fatalnie odbije się na gospodarce.

– Bezpieczeństwa nie będzie można zbudować na strukturze zależnej od pogody – uprzedzał ekspert. Rezygnacja z największego skarbu naturalnego Polski skończy się więc katastrofą. Węgiel pozostaje niezmiennie najlepszym, najtrwalszym magazynem energii.

Uczony odniósł się do projektów związanych z elektrowniami jądrowymi. Patrząc realistycznie, każdy z nich powinien być obliczony na 100 lat – 10 trwać może budowa, 80 – eksploatacja i kolejną dekadę demontaż.

Profesor dr hab. inż. Ziemowit Malecha nazwał obecną transformację „konstruktem o cechach wielowymiarowego oszustwa”. Jak zauważył, na obecnym etapie promotorzy tego procesu nie mówią już, iż tzw. odnawialne źródła budowane są po to, by ograniczać emisję CO2. Wmawia się za to opinii publicznej, iż jest to przedsięwzięcie ekonomicznie uzasadnione. Ma być rzekomo tańsze, jednak prawdziwy obraz zaciemniany jest chociażby poprzez sztucznie narzucane tradycyjnej energetyce obciążenia, zwłaszcza podatek ETS. Wybitny naukowiec, uczestnik wielu zaawansowanych projektów (m.in. w Stanach Zjednoczonych) nazwał go „zbrodnią na energetyce, przemyśle i ciepłownictwie”.

Rozsądnym wyjściem byłaby modernizacja istniejących tradycyjnych elektrowni i wznoszenie nowych, znacznie mniej emisyjnych. Jednak w obecnym planie pierwszeństwo w systemie energetycznym mają docelowo… morskie wiatraki, patrząc całościowo – rozwiązanie droższe choćby od atomu.

Prof. dr inż. Andrzej M. Pawlak wskazał na podstawy zdrowego myślenia o energetyce. Niezależne wolne państwo buduje potencjał energetyczny żeby wspierać swoją gospodarkę. Najpierw musi powstać całościowy plan rozwoju Polski. – Trzeba wyznaczyć zakres i tempo rozwoju. Nie można startować od tyłu – mówił.

Panelista zwrócił uwagę słuchaczy na rzadko wspominany, ale jego zdaniem najkorzystniejszy model geotermii, zwłaszcza tzw. suchej. W ramach tej metody ciepło pozyskuje się na głębokości 8-10 kilometrów z nieprzepuszczalnych skał, pośród których brak naturalnych wód termalnych. Woda wtłaczana jest w szczeliny skalne, tam jest naturalnie podgrzewana i następnie wydobywana na powierzchnię w postaci gorącej pary lub wody napędzającej turbiny.

– To metoda dostępna w każdym miejscu Ziemi, najtańsza i bezpieczna, a „odpadem” jest w jej przypadku skroplona woda – mówił profesor Pawlak.

Świat układany na nowo

Prelegenci panelu „Suwerenność i bezpieczeństwo geostrategiczne” rozmawiali o nowym światowym rozdaniu politycznym, w tym – prawdopodobnym wycofaniu Stanów Zjednoczonych ze szczególnego zainteresowania Europą, zwłaszcza środkową. Brutalnie zdiagnozowali stan polskiej polityki zagranicznej w ciągu ostatnich dekad tak zwanej wolnej Polski.

Krzysztof Baliński, wieloletni dyplomata w latach PRL i III RP mówił: – U nas w Ministerstwie Sprawiedliwości sformułowanie „polski interes narodowy” nie przechodzi przez gardło. Są to słowa wyklęte. Przemiany ustrojowe stworzyły nadzieję na zdefiniowanie interesu narodowego. Niektórzy mieli naiwną nadzieję, iż wcielona zostanie dewiza Dmowskiego „Jestem Polakiem i mam obowiązki polskie” – wskazywał.

W przekonaniu panelisty kanon polskiego interesu narodowego padł w naszych czasach ofiarą formacji polityczno-ideologicznej, która każde myślenie w tych kategoriach zwalczała jako przejaw niesłusznej odmiany nacjonalizmu.

Wyrośli w kosmopolitycznym otoczeniu, wyssali z mlekiem serwilizm wobec obcych racji stanu. Nie używali słowa interes narodowy, za to bardzo często interes Ukrainy, Izraela, choćby Tatarów krymskich, ale nigdy Polski – mówił.

Wspomniał o ludziach stojących na czele MSZ w ciągu kolejnych dekad III RP. – Dziwne były kryteria doboru ludzi mających w założeniu definiować głos polskiego interesu narodowego. Pierwszym takim prawdziwym ministrem spraw zagranicznych został syn rabina. Kolejnym ministrem był potomek funkcjonariusza NKWD – wyliczał. – Jeżeli to wszystko podliczymy, to wśród tych pierwszych ministrów SZ czterech to byli potomkowie albo oficerów, albo funkcjonariuszy NKWD, dwóch – potomkowie funkcjonariuszy, czyli funków Komunistycznej Partii Polski. No i był – jest i dziś, bo już po raz drugi jest ministrem spraw zagranicznych – facet wypromowany do tej funkcji w dyplomacji przez wuja, który był majorem w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Później zaś był [minister] na tak zwanych studiach w Londynie. Tam go promował też major Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, nazywał się Bauman – mówił Krzysztof Baliński.

Profesor Jacek Janowski, badacz współczesnych mechanizmów władzy, wskazał na odbywającą się w tej chwili transformację światowego porządku. To zjawisko nowe, kształtujące się w sposób dużo bardziej dynamiczny i jakościowo inny niż miało to miejsce w przeszłości. – Kiedyś narody walczyły między sobą, silniejszy wygrywał. Teraz diametralnie inna sytuacja. Mamy transformację od porządku prawno-międzynarodowego do porządku globalnego. Można powiedzieć: „chcę Grenlandię”, „chcę Meksyk” i świat to przyjmuje – zauważył. Za najnowszy przejaw tendencji idącej w stronę zmiany sposobu zarządzania światem uznał firmowaną przez Donalda Trumpa Radę Pokoju.

W tym ujęciu przechodzimy właśnie od demokracji do technokracji. Od ładu opartego na prawie i wartościach, do porządku fundowanego na technologiach i możliwościach centralnego wpływania na losy świata choćby z jednego miejsca. Na przykład w sytuacjach kryzysowych dochodzą do nas karkołomne nakazy czy propozycje ideologiczne. Na ich podstawie mielibyśmy się w określony, ujednolicony sposób zachowywać, dostosowywać do wskazówek z anonimowego źródła.

To porządek świata nie oparty na logice, etyce, choćby nie na ekonomii, ale na założeniach. Wysterowanie, uzależnienie, podporządkowanie… – wymieniał.

To już nie państwa, ale ktoś ponad nimi dysponuje największymi możliwościami sprawczymi – ekonomicznymi, informacyjnymi. Warunki brzegowe wyznacza ideologia. Następuje „prywatyzacja” świata.

Zaproszeni przez Konfederację Korony Polskiej analitycy upatrują szans dla naszego państwa na wschodzie. Profesor Adam Wielomski na pytanie o potencjalne, korzystne dla nas koniunktury wobec zmiany polityki amerykańskiej, wskazał dwa kierunki. – Otóż mamy jeszcze, co na przykład rozumie Viktor Orban – Federację Rosyjską, której nie lubimy, ale ona dalej, niestety cały czas jest. Myślę, iż zamiast wygłaszać kolejne antyrosyjskie przemówienia, polskie kanały dyplomatyczne – o ile takie jeszcze istnieją – z Federacją Rosyjską powinny zacząć rozmowy, żeby się na przykład dowiedzieć, iż gdybyśmy chcieli zrobić reset z Rosją, to adekwatnie czego konkretnie? Taka Rosja od nas, ale nie na zasadzie, iż nam zagraża i tak dalej, bo Katyń, bo rozbiory, ale konkretnie dzisiaj i teraz – czego od nas chce. My choćby tego nie wiemy, nie pytamy się, nas to nie interesuje – ubolewał. Chociaż wyraźnie spodobało mu się – co zaakcentował – użyte kiedyś wobec niego określenie „polski odpowiednik Aleksandra Dugina”, prawdopodobnie zapomniał o jasno sformułowanym przez tego ideologa oczekiwaniu wobec Polski („Rosja w swoim geopolitycznym oraz sakralno‑geograficznym rozwoju nie jest zainteresowana istnieniem niepodległego państwa polskiego w żadnej formie” i inne wypowiedzi w tym tonie). Niestety, nie zwrócił na to uwagi żaden z uczestników dyskusji.

– No i wreszcie kierunek ostatni, Chiny. Polska traci w tej chwili swoją największą geopolityczną okazję, a mianowicie Chiny chciały przepuścić przez Polskę Nowy Jedwabny Szlak – mówił Adam Wielomski. Taka opcja miałaby spowodować, iż „jeśli będzie szedł tędy Szlak, koleje, to Chiny nie mogą dopuścić, by latały tu Iskandery”.

Ideę Międzymorza uważa on za utopię ze względu na brak – w jego ocenie – wspólnych interesów z Chorwacją czy Bułgarią. Bardziej realistyczna jest dla niego Grupa Wyszehradzka, którą jednak Polska ostatnio „rozłożyła” ze względu na interes Ukrainy.

Z kolei Leszek Sykulski proponował Polsce strategię równoważenia wpływów mocarstw, zwłaszcza politykę „żadnych wrogów wśród sąsiadów”. – Pozostając w NATO, wiedząc o erozji USA, Polska powinna złożyć akces do BRICS+ i Szanghajskiej Organizacji Współpracy – przekonywał.

Gospodarczy układ z wymienionymi państwami miałby dać Polsce „większe gwarancje niż uformowanie pięćset-tysięcznej armii”.

Uczestnicy w osobnych panelach rozmawiali także o medycynie i bezpieczeństwie zdrowotnym, armii i służbach, złotówce i bezpieczeństwie finansowym, kulturze i edukacji, sądach, wolności gospodarczej, rolnictwie, leśnictwie i przetwórstwie, demografii oraz bezpieczeństwie życia i rodziny, a także wolności samorządów.

KINGS odbył się pod medialnym patronatem niezależnych mediów, w tym portalu PCh24.pl.

RoM, Łochów.

Read Entire Article