Są takie historie, w których gorliwość instytucji publicznych zaczyna żyć własnym życiem i po pewnym czasie trudno już ustalić, czy urzędnik rzeczywiście chroni człowieka przed zagrożeniem, czy może przede wszystkim realizuje własne interesy dzięki stanowisku. Taką właśnie jest historia rodziny, której dzieci zostały odebrane po interwencji Rzecznika Praw Dziecka, skrajnie lewicowej aktywistki Moniki Horny-Cieślak, kolejnej „wysoce szkolonej” i „moralnej” feminy z kliki Tuska. Jej groteskowe dążenia do zemsty byłyby śmeiszne, gdyby nie fakt realnego skrzywczenia dwójki małych dzieci.
Kolejna kompromitacja „Grażyny” z ekipy Tuska. Wszystko zaczęło się od sceny, która sama w sobie nie wygląda na początek wielkiej operacji państwowej: dziecko miało nagle ruszyć w kierunku jezdni, matka zareagowała gwałtownie, szarpnęła je i zaczęła krzyczeć, co oczywiście można oceniać krytycznie, o ile rzeczywiście doszło do przekroczenia granic dopuszczalnej reakcji wychowawczej, ale każdy, kto kiedykolwiek próbował upilnować kilkulatka, wie, iż rodzic, który właśnie zobaczył własne dziecko wbiegające pod samochód, nie zawsze reaguje w sposób przypominający wykład z cyklu „kochajmy się”.
Świadkiem zdarzenia była niedawno obleczona w urząd Rzecznik Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak, która zwróciła matce uwagę. Ta odpowiedziała jej w sposób obraźliwy. Od tego momentu zwykła uliczna sprzeczka zaczęła nabierać cech sprawy państwowej, ponieważ wściekła RPD zawiadomiła policję, a następnie zainteresowała sprawą sąd rodzinny.
Policja zbadała sytuację i nie znalazła podstaw do natychmiastowego odebrania dzieci, sąd również nie zdecydował się na taki krok, a zamiast tego zarządził wywiad środowiskowy, który został przeprowadzony już następnego dnia i – według informacji dotyczących sprawy – również nie wykazał podstaw do odebrania dzieci rodzicom.
Normalny człowiek mógłby w tym momencie pomyśleć, iż skoro policja nie widzi podstaw, sąd ich nie widzi, a wywiad środowiskowy nie potwierdza zagrożenia, to być może należy pozwolić rodzinie wrócić do normalnego życia i sprawę zakończyć. Byłby to jednak wniosek zdecydowanie zbyt prosty. Nienawistka grażyna na stanowisku wciąż bowiem domagała się zemsty i prywatnej satysfakcji, uzyskanej kosztem nieznanej sobie kobiety, która powiedziała jej kilka ostrych słów.
Biuro RPD miało przez cały czas kontaktować się z sądem, a pracownik Biura, podległy „grażynie” miał przekonywać sędziego o konieczności odebrania dzieci rodzinie, choć sąd takiej decyzji nie podjął. W pewnym momencie w sprawie pojawił się również niezwykle poważny „dowód” w postaci dwóch butelek piwa znalezionych w mieszkaniu rodziny, przy czym nie wykazano, aby rodzice byli pod wpływem alkoholu albo aby dzieci znajdowały się pod opieką osób nietrzeźwych.
Sąd później określił wykorzystanie tego argumentu jako „całkowicie chybione i wręcz absurdalne”, co wydaje się dość eleganckim sposobem stwierdzenia, iż dwie butelki piwa nie są jeszcze dowodem na konieczność przeprowadzenia państwowej operacji ratowania dzieci.
Historia mogłaby się w tym miejscu zakończyć, gdyby nie dalsze zaangażowanie RPD, która osobiście pojawiła się na posterunku policji, gdzie odbyło się spotkanie z udziałem przedstawicieli policji, po którym podjęto decyzję o zastosowaniu wobec rodziców nakazu opuszczenia mieszkania oraz zakazu zbliżania się do dzieci. Finalnie dzieci trafiły do placówki opiekuńczo-wychowawczej, a rodzice zostali od nich odseparowani. Państwo zadziałało więc niezwykle gwałtownie i „skutecznie”, podobnie jak w przypadku babci atakujacej Owsiaka oraz antyukraińskich okrzyków.
Pozostawało tylko odpowiedzieć na drobne pytanie: przed czym adekwatnie dzieci zostały ochronione? Przed krzykiem? Przed szarpnięciem w sytuacji, w której dziecko miało wbiec na ulicę? Przed dwiema butelkami piwa? A może przed tym, iż ich matka ośmieliła się odpowiedzieć Rzecznikowi Praw Dziecka w sposób, który nie przypadł jej do gustu?
Ktoś jednak zreflektował się i Sąd nakazał natychmiastowe wydanie dzieci rodzicom. W uzasadnieniu ocenił, iż działania podjęte wobec rodziny mogą nosić „wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej” oraz były „rażąco nieproporcjonalne do zaistniałego zdarzenia”. To nie jest opinia publicysty, polityka ani dziennikarza, ale stanowisko sądu zajmującego się sprawą rodziny.
Sąd miał również zastrzeżenia do osobistego zaangażowania Rzecznika Praw Dziecka, wskazując na możliwość wykorzystania autorytetu urzędu do forsowania tezy o konieczności odebrania dzieci, co jest szczególnie istotne, skoro RPD sama była uczestnikiem pierwotnego konfliktu z matką.
Czy instytucja powołana do ochrony dzieci może sama wyrządzić im krzywdę, o ile jej reakcja okaże się nieproporcjonalna do zagrożenia? Bo przecież państwo powinno reagować stanowczo wtedy, gdy dziecko jest bite, maltretowane albo rzeczywiście znajduje się w niebezpieczeństwie, ale odebranie trzylatka i czterolatka rodzicom jest środkiem skrajnym, który powinien być stosowany po ustaleniu konkretnych i poważnych przesłanek, a nie dlatego, iż urzędnik jest wyjątkowo przekonany o własnej racji.
W tej historii policja początkowo nie widziała podstaw, wywiad środowiskowy ich nie wykazał, sąd nie zdecydował się na odebranie dzieci, a mimo to po dalszym zaangażowaniu instytucji dzieci trafiły do domu dziecka, po czym ten sam sąd nakazał ich natychmiastowy powrót. Trudno więc nie zauważyć paradoksu: Rzecznik Praw Dziecka ruszyła na ratunek, a ostatecznie to sąd musiał chronić dzieci przed konsekwencjami tej „ochrony”. Tak właśnie działa państwo Tuska, w którym jego namaszczeńcy zachowują się niczym landlordowie i mafiozi z trzeciego świata, będący panami życia i śmierci zwykłych zjadaczy chleba.
Polecamy również: Zdrada za używanie rosyjskiego. Szokujące słowa z Ukrainy














