Kaminski: Ukraine for sale

myslpolska.info 19 hours ago

Jak podały pod koniec zeszłego tygodnia środki masowego przekazu Donalda Trump znów zrobił to, co staj się dla niego paradoksalnie przewidywalny – dokonał kolejnego szarpnięcia cugli w relacjach z Ukrainą, w postaci nowego projektu umowy surowcowej z Ukrainą… która w kształcie jakie ujawniły media nie jest już w zasadzie umową dotyczącą eksploatacji surowców, ale raczej eksploatacji Ukrainy jako takiej. Fakt nadejścia nowej propozycji potwierdziły już czynniki oficjalne w USA i na Ukrainie.

Nowy projekt umowy, który dotarł do Kijowa w piątek, zakłada, iż Ukraina ma w dłuższej perspektywie zrekompensować Stanom Zjednoczonym całość kosztów jakie poniosły one w związku z każdym rodzajem pomocy dla tego państwa: wojskowej, finansowej i humanitarnej. Ten projekt, w przeciwieństwie do pierwszego, jest obszerny, liczy sobie kilkadziesiąt stron.

Projekt zakłada przez cały czas utworzenie amerykańsko-ukraińskiego funduszu o charakterze podmiotu niepublicznego. Amerykanie otrzymaliby prawo do 50 proc. dochodów z licencji wydobywczych wszystkich nowych ukraińskich złóż surowców kopalnych na całym terytorium kraju, nie tylko metali ziem rzadkich. Złoża te zostały szczegółowo wymienione w części dokumentacji. Zaliczają się do nich między innymi złoża gazu ziemnego i ropy naftowej. Amerykanie mieliby prawo natychmiastowego transferowania pozyskanych w ten sposób środków finansowych poza granice Ukrainy, ta ostatnia nie otrzymałaby więc żadnej pewnej perspektywy, aby pieniądze te „pracowały” na jej odbudowę.

Amerykanie uzyskaliby, zgodnie z nowymi zapisami, prawo do ukraińskiej infrastruktury, przy czym chodzi nie tylko o infrastrukturę wydobywczą, ale też przetwarzania oraz transportu surowców lub produktów przetwórstwa tych kopalin (a więc na przykład paliw). W dodatku, gdyby pozostałe środki kapitałowe pozostające w posiadaniu funduszy były reinwestowane na Ukrainie, 50 proc. dochodów także z tych inwestycji trafić ma do USA.

Co ważne funduszem akumulującym zyski z ukraińskich surowców kierowałby pewnego rodzaj zarząd, do którego strona amerykańska delegowałaby trzech przedstawicieli, a ukraińska tylko dwóch.

Projekt umowy daje USA „prawo pierwszej oferty” dla wszystkich przyszłych licencji na eksploatację zasobów naturalnych i projektów inwestycji infrastrukturalnych oraz ma nałożyć na Ukrainę zakaz sprzedaży krytycznych minerałów podmiotom z państw, które Waszyngton „identyfikuje jako strategicznego konkurenta Stanów Zjednoczonych”. Sens tych akurat zapisów wybiega znacznie poza sferę ekonomiczną. Przyjęcie na siebie takich zobowiązań przez Ukrainę natychmiast zantagonizowałoby ją z Chinami, ale stworzyłoby też znaczne trudności w jej ewentualnym dołączeniu do Unii Europejskiej, jak bowiem Ukraina miałaby funkcjonować na europejskim wspólnym rynku, utrzymując w kluczowych sektorach gospodarki przepisy dyskryminujące europejskie firmy?

Nowa propozycja Trumpa określa 4 proc., jako roczną stopę oprocentowania ukraińskiego długu wobec Waszyngtonu z tytułu nie tylko oficjalnych pożyczek otrzymywanych w ostatnich latach, ale też tego, co administracja Joe Bidena pierwotnie określiła jako bezzwrotne subwencje. Ukraińcy wcześniej zdecydowanie odrzucali taką interpretację zadłużenia. Potwierdza to zresztą znaczną swobodę w rachunkach prezydenta-biznesmena, który obliczał już łączną pomoc jego państwa dla Kijowa na pół biliona dolarów, choć bardzo wielu komentatorów, tudzież strona ukraińska, zdecydowanie kwestionowało ten szacunek.

W dodatku umowa dotyczy stricte spraw gospodarczo-finansowych nie zawierając żadnych deklaracji politycznych (Trump zdecydowanie odrzucił w poniedziałek możliwość dołączenia do NATO) i gwarancji bezpieczeństwa ze strony Waszyngtonu, co jest głównym celem Ukraińców, którzy przecież jeszcze wobec Joe Bidena sami wyszli z inicjatywą podzielenia się z Amerykanami swoimi kopalinami w zamian za takie właśnie gwarancje strategiczne.

Specyficzny, swoiście nie-polityczny charakter proponowanej umowy podkreśla i ten warunek, o jakim mówią nieoficjalne źródła, iż umowa zostałaby zawarta w ramach amerykańskiego porządku prawnego, sam fundusz inwestycyjny, którego utworzenie zakłada umowa, zarejestrowany byłby w USA, czyli jurysdykcję nad jej stronami miałby amerykański wymiar sprawiedliwości.
Swoim zwyczajem prezydent USA znów podwyższył napięcie we wtorek ostrzegając Wołodymyra Zełenskiego przed „dużymi, dużymi problemami” wobec prób odsunięcia podpisania porozumienia nazwanego przez Trumpa „umową w sprawie metali ziem rzadkich”, choć nazwa ta nie oddaje już ściśle treści dokumentu.

Zmiany zdają się być wrzutką na ostatnią chwilę. Jeszcze w czwartek Zełenski komentował spokojnie, iż uzgodniono już „ramową umowę” i pozostało umówić się co do pewnych szczegółów. Mimo wrzutki Ukraińcy zachowali wstrzemięźliwość, wynosząc pewnie naukę ze skutków retorycznej szarży ich prezydenta, jaką przeprowadził on w Białym Domu pod koniec lutego. Ukraiński minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha powiedział we wtorek, iż odbył jedną rundę konsultacji z Amerykanami w sprawie nowej wersji i pracuje nad „osiągnięciem wzajemnie akceptowalnego tekstu do podpisania”.
Warto dodać do tego, iż nowy projekt umowy o eksploatacji surowców Ukrainy pojawił się tuż po informacjach, iż administracja Trumpa zaczęła rozmowy o metalach ziem rzadkich także z Rosją, co potwierdził Kreml, podkreślając, iż na razie nie ma żadnych ustaleń.

Podsumowując projekt, jaki Trump rzucił na stół w zeszłym tygodniu pozostało mniej korzystny dla Ukrainy niż pierwsza wersja, która przyprawiła Zełenskiego o ten poziom frustracji, którym wybuchnął w czasie pamiętnej kłótni w Białym Domu. Wybuch ten przysporzył mu tylko kłopotów, dając prezydentowi USA tylko pretekst do wymierzenia srogiego ciosu w postaci tymczasowego wstrzymania pomocy wojskowej, w tym wywiadowczej. Tamta licytacja odegrała swoją rolę w rozmiękczaniu ekipy Zełenskiego. Teraz Trump zaczął kolejną rundę.

Jeśli umowa miałaby być przyjęta w obecnej formie oznacza ona kolonializm w starej formie. choćby nie tyle satelickie układy międzypaństwowe, co kolonializm w stylu Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, w której Ukraina stała się folwarkiem biznesowej eksploatacji poza szczeblem międzypaństwowych zobowiązań. W dodatku, Ukraina miałaby się stać kolonią na wyłączność dla Amerykanów, którzy staliby się faktycznymi posiadaczami bądź rentierami na najbardziej perspektywicznych, w zrujnowanym przez wojnę kraju, sektorach gospodarczych. Biorąc pod uwagę obecną koniunkturę w relacjach amerykańsko-rosyjskich nie można wykluczyć choćby i tego, iż sam Waszyngton sankcjonowałby realizację jakiegoś zakresu interesów Rosjan na tym, co pozostanie z Ukrainy. Trump wyraźnie chce dla siebie zastrzec rolę arbitra i zdaje się to być arbiter kompletnie nie skłonny do patronowania wpływom państw europejskich.

Sądzę zarazem, iż ta propozycja jest kolejną licytacją ze strony Trumpa. Jej wynik, w przypadku niepowodzeń amerykańskiej polityki na odcinku uzyskiwania ustępstw Rosjan, może nie być dla Ukraińców aż tak dotkliwy. Uwaga ogólniejszej natury jest taka, iż opisany projekt umowy po raz kolejny objawił poziom unilateralizmu, elastyczności, transakcyjności i merkantylizmu polityki obecnego lokatora Białego Domu, który powinien dać bardzo wiele do myślenia Polakom, wciąż szukających w tym budynku szczodrego i opiekuńczego wuja Sama. Pozostaję przy tym przy swojej tezie. Ukraina nie walczy o żadną niepodległość, suwerenność, integralność terytorialną. Walczy już tylko o stopień, zakres i wektor wasalizacji.

Krystian Kamiński

Read Entire Article