Starożytność dostarcza nam logikę nie wymagającą akademickiej obróbki, Weźmy choćby jako przykład sylogizm. Proste i dostępne dla wszystkich, Dwie przesłanki i wniosek. Ale spróbujmy znaleźć ślady tego starego, jak znane nam dziś systemy kulturowe, narzędzia w ględzeniu polityków, których na co dzień wysłuchujemy. Nic z tego. Wszakże w działaniu ten sylogizm wychodzi, bo inaczej być nie może. To nie umysł filozoficzny go podpowiada, ale samo życie. A ono weryfikuje zarówno łobuza jak i człowieka szlachetnego. Obaj działają dla jakiegoś pożytku. Łobuz dla własnego, ten drugi dla dobra wspólnego. Przy czym łobuz stara się być bardziej przekonujący niż ten drugi. Krótko mówiąc, taki dziś otrzymujemy przekaz od tych, którzy piekąc własną pieczeń, osłaniają palenisko, by woń jej nie dotarła do tych, których nieszczerze na ucztę zapraszają.
Niech to będzie przypowieść, łatwiejsza do przełknięcia niż mowa prosto z mostu. Zwłaszcza kiedy skojarzy się ją z tą prostą życiową logiką.
Ad rem. Cały czas zastanawiam się o co chodzi Morawieckiemu? Kiedy dziś przeczytałem nazwiska jego klubowiczów, ogarnął mnie smutek. Przeciez wielu z nich trudno imputować głupotę. A więc co? To chyba coś analogicznego do zachowania niektórych całkiem przyzwoitych Niemców w początkach rządów Hitlera. Uwierzyli temu, co śpiewali jego akolici: Mit uns geht die neue Zeit – z nami nadchodzi nowy czas. I nadszedł, ale jaki?
Otóż, przechodząc na nasze podwórko, Morawiecki się przyczaił, dopóki sprawy szły, jak szły. Ostatecznie Tusk przy pomocy pieczeniarzy z PSL i którejś z rzędu „drogi”, bo takie na horyzoncie się jawiły, mógł liczyć na zwycięstwo w wyborach. O ile oczywiście te partie by się w ogóle ostały. Ogłoszenie Czarnka jako przyszłego premiera, to już było zbyt wiele. Na zwycięstwo Koalicji Tuska czeka wierchuszka Unii, choć niezbyt może na samego Tuska, który dowiódł swej niemocy. Tylko tak możliwe jest doprowadzenie Polski do takiego stanu, iż protektorat Unii, a konkretnie Niemiec, ewentualnie w porozumieniu z Rosją, kiedy ta wyjdzie z kretyńskiej wojny z Ukrainą, będzie oczywisty. Do tej dwójki może dojść Ukraina na bazie wspólnej niechęci do Polski.
Tusk goni w piętkę. Bo w wyborach zostanie sam, ewentualnie z częścią lewicy. Zatem w interesie Brukseli i Berlina leży zapewnienie mu koalicjanta. Któż mógłby nim być jeżeli nie Morawiecki, znany na salonach unijnych, gdyż werbalnie, będąc w opozycji wszystko popisywał co mu w Brukseli przedkładano jako premierowi.
W sumie zatem można już dziś zakładać, iż koalicja wygodna dla Unii, to mocno zużyta partia Tuska i jakże obiecująca partia Morawieckiego, rzecz jasna jako całość z nim na czele jako premierem.
Is fecit cui prodest – i kto tu korzysta, jak to często w naszych dziejach bywało, poprzez usługi świadczone przez polskich „patriotów”, takich jak ci, którzy stworzyli Targowicę? Wiadomo zleceniodawca, raz z Moskwy, to znów z Berlina, bo ci są najbliżej. A Polska? To wspólne dobro owych „patriotów” i niczyje więcej. Rozmiar tego dobra wyznaczą zleceniodawcy. Bo to oni decydować będą o tym czym Polska będzie, czy jakimś gubernatorstwem, czy może znów obcymi dominiami, tym razem z polską obsługą.
Może ktoś powie, iż to czarne widzenie? Może nie do reszty tak czarne. Przecież zostawią nam język, trochę kultury, byle zgodnej z rozpasaniem unijnym, priorytetem dla wszelkich zboczeń, bo przecież lepiej zniszczyć rodzinę, zdeprawować młode pokolenie, by nie oglądało się za niczym co nie jest używką, rozbudować eutanazję, czyli przyjazne zabijanie, aniżeli tępić Polaków, którym znowu, po raz który już zaświeci idea suwerenności. Nie będzie tak źle, a będzie przyjemniej. Tak to trzeba rozumieć, słuchając dziś wielu polityków, którzy do niedawna sprawiali wrażenie przyzwoitych ludzi.
jeżeli kogoś zgorszy to, co tu przeczyta, to z góry przepraszam. Kimś, komu najbardziej zależy, by wszystko to było ponurą bajką jest piszący te słowa.











