
Pałac Kultury pośród drapaczy chmur idealnie obrazuje transformację po 1989 / Źródło: https://pixabay.com/pl/photos/miasto-architektura-budynki-6529111/
Z kraju kartek, permanentnych niedoborów i centralnie ustalanych planów produkcyjnych Polska w ciągu trzech dekad przeobraziła się w jedną z najszybciej rosnących gospodarek Europy. Transformacja przyniosła skok cywilizacyjny, jakiego nie zaznaliśmy w powojennej historii. Dziś jednak, obok imponujących wskaźników wzrostu i rosnącej pozycji w Europie, coraz częściej pojawia się pytanie o trwałość tego modelu rozwoju oraz o cenę, jaką w kolejnych dekadach zapłacimy za narastający dług publiczny.
Po 1989 roku Polska wykonała historyczny zwrot. W realiach PRL państwo decydowało o niemal każdym aspekcie życia gospodarczego: planowało produkcję, ustalało ceny, reglamentowało towary i ograniczało prywatne inicjatywy. Chroniczne niedobory i technologiczne zapóźnienie były codziennością. Transformacja ustrojowa oznaczała nie tylko zmianę polityczną, ale przede wszystkim demontaż gospodarki centralnie planowanej oraz budowę rynku opartego na konkurencji, kapitale prywatnym oraz integracji z Zachodem. Dołączenie do Unii Europejskiej otworzyło dostęp do wspólnego sektora gospodarki i funduszy strukturalnych, które stały się paliwem modernizacji infrastruktury, przemysłu i administracji.
– Nie używałbym określenia „cud gospodarczy”, choć faktem jest, iż Polska po 1989 roku przeszła imponującą transformację. W ciągu trzech dekad przeszliśmy drogę od gospodarki centralnie planowanej do jednego z najszybciej rozwijających się państw UE. To nie był przypadek, gdyż najważniejsze znaczenie miały: integracja z rynkiem europejskim, napływ inwestycji zagranicznych, relatywnie dobrze wykształcona siła robocza oraz wykorzystanie funduszy unijnych – tak do rozważań, czy obecna dynamika wzrostu uzasadnia mówienie o trwałym „polskim cudzie gospodarczym”, czy raczej o cyklicznym boomie wpisanym w proces transformacji, odnosi się na naszych łamach prof. UAM dr hab. Krzysztof Hajder, ekspert w zakresie polskiej polityki gospodarczej.
Jak przypomina profesor, w ostatniej dekadzie dynamika wzrostu PKB była szczególnie wysoka. W latach 2014–2019 średnie tempo wzrostu wynosiło około 4-5% rocznie, w 2018 roku przekroczyło 5 proc. Po pandemicznym spadku w 2020 roku nastąpiło silne odbicie: w 2021 roku wzrost przekroczył 6 proc., a w 2022 roku utrzymał się w pobliżu 5 proc. Na tle wielu państw UE były to wyniki wyraźnie powyżej średniej. – Istotną rolę odegrała tu konsumpcja wewnętrzna, wzmacniana przez transfery społeczne, takie jak program 500+, później 800+. Programy te znacząco ograniczyły ubóstwo szczególnie wśród rodzin wielodzietnych oraz zwiększyły dochód rozporządzalny gospodarstw domowych. To przełożyło się na wzrost popytu krajowego i w pewnym stopniu na zmniejszenie polaryzacji dochodowej. Z makroekonomicznego punktu widzenia był to silny impuls popytowy, który oddziałuje do dzisiaj. Nie można też pominąć roli polityki fiskalnej w okresie pandemii. Programy osłonowe i tarcze antykryzysowe, finansowane zwiększonymi wydatkami publicznymi, ograniczyły skalę recesji po lockdownach i pozwoliły na relatywnie szybkie odbicie gospodarki. To pokazuje, iż państwo odegrało aktywną rolę stabilizacyjną. Paradoksalnie również podwyższona inflacja, choć społecznie kosztowna, w krótkim okresie sprzyjała nominalnemu wzrostowi PKB oraz zwiększała przychody budżetowe – stwierdza profesor Hajder. Zwraca też jednak uwagę, iż obecny model wzrostu jest mieszanką czynników strukturalnych i silnych impulsów popytowych. Jego trwałość zależy od przejścia z modelu opartego na taniej pracy, konsumpcji i środkach unijnych do modelu opartego na innowacyjności, kapitale technologicznym i wysokiej produktywności.
Dług w cieniu boomu
Równolegle z dynamicznym wzrostem gospodarczym rośnie dług publiczny. Rząd podkreśla, iż jego relacja do PKB pozostaje poniżej konstytucyjnego progu. Czy to wystarczy, by spać spokojnie? – Samo to, iż dług publiczny pozostaje poniżej konstytucyjnego progu 60% PKB, jest ważnym sygnałem stabilności, ale nie powinno to zamykać dyskusji. W ekonomii liczy się nie tylko poziom, ale także tempo wzrostu zobowiązań oraz ich struktura – jednoznacznie stwierdza prof. Hajder. W tym kontekście przywołuje stanowisko Paula Krugmana, wskazującego, iż najważniejsze jest, aby dług nie rósł szybciej niż gospodarka. – Na tle takich krajów, jak Włochy czy Francja, Polska wciąż prezentuje się relatywnie stabilnie. Problemem pozostają jednak koszty obsługi długu w warunkach wysokich stóp procentowych oraz struktura wydatków. Dług finansujący inwestycje rozwojowe to coś innego niż dług pokrywający bieżącą konsumpcję – dodaje profesor. Szczególne obawy budzi poziom finansowania badań i rozwoju. – Najnowsze dane wskazują, iż w 2024 r. wydatki na badania i rozwój nominalnie spadły o ok. 3% i ich udział w PKB obniżył się z 1,56% do 1,41%, co stanowi negatywny prognostyk dla ostatecznych odczytów za rok 2025 i poważne zagrożenie dla utrzymania tempa inwestycji w innowacje. Dodam, iż podobne obawy zgłaszają organizacje akademickie. Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich, której przewodniczy nasza Rektorka prof. dr hab. Bogumiła Kaniewska, wskazuje na przykład, iż planowane wydatki na naukę i szkolnictwo wyższe w budżecie państwa na rok bieżący, podobnie jak na poprzedni, są jednymi z najniższych od początku reform z 2018 roku – zauważa ekspert.
Dodatkowym wyzwaniem pozostaje rosnąca rola funduszy pozabudżetowych, m.in. realizowanych za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego. Zwiększyły one elastyczność działania państwa w okresie pandemii oraz kryzysu energetycznego, jednak jednocześnie utrudniają pełną ocenę rzeczywistej skali zobowiązań finansów publicznych. – Problem zaczyna się jednak w obszarze przejrzystości i kontroli demokratycznej. Im większa część wydatków i zobowiązań znajduje się poza klasycznym budżetem państwa, tym trudniej obywatelowi, a czasem choćby parlamentarzyście ocenić pełną skalę zadłużenia i deficytu. Powstaje różnica między tzw. długiem liczonym według krajowej definicji a długiem według metodologii unijnej, która uwzględnia szerszy sektor instytucji rządowych i samorządowych. To prowadzi do sytuacji, w której formalnie wskaźniki krajowe wyglądają bezpiecznie, ale faktyczna ekspozycja finansów publicznych jest wyższa. Niestety, ostatnie doniesienia medialne wskazują, iż choćby na początku 2026 r. w BGK funkcjonowało około 20 funduszy celowych obsługujących wydatki państwa poza budżetem, co potwierdza, iż te mechanizmy nie zostały zlikwidowane po kryzysach, tylko utrzymują się jako stały element systemu – komentuje prof. Hajder.
Wreszcie, nad polskimi finansami unosi się cień demografii. Starzejące się społeczeństwo oznacza rosnące wydatki emerytalne i zdrowotne przy malejącej liczbie osób aktywnych zawodowo. – Odpowiedzią na presję demograficzną nie może być wyłącznie podnoszenie podatków czy ograniczanie wydatków, ale przede wszystkim zwiększanie produktywności pracy. Wzrost aktywności zawodowej, rozsądna polityka migracyjna i stabilność systemu emerytalnego są ważne, ale równie istotne, a prawdopodobnie najważniejsze są wyraźne i trwałe wzrosty nakładów na badania i rozwój oraz szeroko rozumiane innowacje. Innymi słowy, mniejsza liczba pracujących nie musi oznaczać mniejszej umiejętności obsługi długu, jeżeli każdy pracujący wytwarza wyraźnie większą wartość dodaną – tak cały mechanizm wyjaśnia komentujący dla nas ekspert. – Zatem jeżeli wzrost produktywności nie przyspieszy, choćby umiarkowany poziom długu może stać się w przyszłości ciężarem – kończy prof. Hajder.
Polska po 1989 roku odrobiła ogromną lekcję modernizacji. Różnica między realiami PRL a współczesną gospodarką rynkową jest fundamentalna. Prawdziwym sprawdzianem będzie jednak to, czy obecna tendencja wzrostowa przełoży się na trwałe podstawy rozwoju. Jak wynika z rozmowy z ekspertem, klucz tkwi w jednym słowie: innowacyjność. Bez niej choćby imponujące wskaźniki wzrostu mogą okazać się jedynie etapem nadrabiania zaległości, a nie początkiem długofalowej przewagi.
Oliwia MAZIOPA






