
Reformy mają to do siebie, iż zjawiają się nieproszone i udają, iż były oczekiwane. Zanim wejdą w życie, nikt się nimi nie przejmuje, gdy już wejdą, wszyscy czują, iż coś się zmieniło — choć nikt nie wie dokładnie co. Reforma ortografii 2026 pojawiła się właśnie tak: po cichu, bez fanfar, za to z natychmiastowym pytaniem narodu: „To teraz razem czy osobno?”
Oficjalny komunikat był prosty: uproszczenie zasad, koniec z niepotrzebnymi wyjątkami. W praktyce — narodowy program rekreacyjny dla korektorów, nauczycieli i wszystkich, którzy z jakiegoś powodu wciąż próbują pisać poprawnie. Internet, jak zwykle, zareagował pierwszy. Zanim zdążyły się zaktualizować podręczniki, fora i media społecznościowe już kipiały od pytań w stylu: „Czy to jeszcze błąd, czy już nowoczesność?”
I trudno się dziwić, bo jak każda zmiana w języku, ta też dotknęła nie tylko liter, ale i poczucia bezpieczeństwa. W końcu ortografia to coś w rodzaju narodowego znaku rozpoznawczego — wspólnego mianownika między tymi, co pamiętają „żółw” z podstawówki, a tymi, którzy właśnie dowiadują się, iż niektóre „nie” można już pisać „tak”.
Zwolennicy reformy mówią, iż to krok w stronę zdrowego rozsądku. Przeciwnicy — iż raczej w stronę ortograficznej anarchii z certyfikatem RJP. Bo, jak zauważył pewien komentator, „jeśli coś było niejasne, to po co to rozjaśniać, skoro można przyzwyczaić się do ciemności?”.
Pojawia się też pytanie: dlaczego akurat te zasady, a nie inne? Skoro już ruszamy ortografię, czemu nie zaczęto od miejsc, w których naprawdę się gubimy — tych wszystkich „zdań podrzędnie zawiłych”, które zanim się kończą, człowiek już nie pamięta początku? Ale może o to chodziło: nie rozwiązywać problemów, tylko symbolicznie przypudrować chaos.
Niektórzy widzą w reformie rodzaj językowego pragmatyzmu: po co karać błędy, które popełniają wszyscy? Lepiej je zalegalizować. To trochę jak w ruchu drogowym — jeżeli większość skręca w lewo mimo zakazu, to może zakaz jest problemem. Tyle iż w ortografii efekt bywa komiczny: nagle okazuje się, iż „błąd” i „zmiana normy” różnią się głównie datą wydania słownika.
Nauczyciele pytają więc: czego adekwatnie teraz uczyć? Według jakiego klucza oceniać wypracowania? Przez kilka lat stare i nowe zasady mają działać równolegle — coś jak ortograficzny dwugłos. Czyli uczeń pisze według nowego, nauczyciel poprawia według starego, a obaj mają rację. Przynajmniej teoretycznie.
Korektorzy z kolei odkrywają, iż ich praca zaczyna przypominać grę terenową: kto pierwszy znajdzie nieaktualny zapis, ten wygrywa. A wydawnictwa… cóż, wydawnictwa modlą się o wtyczkę, która sama rozpozna, czy dany tekst jest sprzed, czy po reformie — bo człowiek już nie ma siły sprawdzać.
Najciekawsze jednak, iż nowa ortografia zdaje się być stworzona idealnie dla algorytmów. Żadnych wyjątków, jasne reguły, zero wątpliwości. Maszyna pisze poprawnie, człowiek już niekoniecznie. Bo tam, gdzie język traci szorstkość i nieregularność, ginie też jego rytm. To trochę jak z człowiekiem po kursie „efektywnej komunikacji”: mówi bezbłędnie, ale nie sposób go słuchać.
Bo jak tu nadążyć, gdy co chwilę coś się upraszcza, a zrozumienie staje się coraz trudniejsze? Reforma nie wywoła rewolucji, raczej długotrwały stan lekkiego zdziwienia. I może jest w tym jeden, dość przewrotny plus — nic tak nie odświeża kontaktu z językiem, jak poczucie, iż trzeba się mu przyjrzeć jeszcze raz, od początku.
Na razie więc piszemy, jak umiemy, czytamy uważniej niż dawniej i uczymy się nowej ortografii metodą prób i zdziwień. Bo jak to zwykle bywa — najpierw się buntujemy, potem przyzwyczajamy, a na końcu udajemy, iż tak było zawsze.














