Po schwytaniu Nicolasa Maduro i utorowaniu sobie drogi do kontrolowania złóż ropy w Wenezueli (a mowa o największych odkrytych dotąd na świecie) Donald Trump miał dużo spraw do obgadania z szefami największych amerykańskich spółek naftowych. Na późniejszym briefingu temat zszedł jednak na plany ewentualnych dalszych ingerencji w geopolityczną układankę.
Prezydent Stanów Zjednoczonych wrócił do swojej nowej idée fixe, czyli anektowania Grenlandii. Przekonywał on, iż USA muszą odebrać największą wyspę świata NATO-owskim sojusznikom z Danii, bo ci rzekomo nie zapewniają ochrony przed okupacją rosyjską i chińską.
Kopenhaga takie oskarżenia oczywiście odrzuca i podkreśla, iż jedynym mocarstwem otwarcie robiącym zakusy na duńskie terytorium są tylko Stany. Trump w wobec tych argumentów zachowował jednak strategiczną głuchotę i tak mówił do petrobiznesmenów oraz zgromadzonych na wydarzeniu dziennikarzy:
Jakie opcje są zatem na stole? – Chciałbym zawrzeć umowę, no wiecie, w łatwy sposób. jeżeli jednak nie zrobimy tego w łatwy sposób, zrobimy to w twardy sposób – wypalił Trump. Można się domyślić, iż mowa tu po prostu o rozwiązaniu militarnym. A to oznaczałoby prawdopodobnie koniec NATO jakie znamy...
Duńscy żołnierze maja strzelać choćby bez rozkazu. A Portugalczycy już boją się o Azory
Jak wyjaśniała w naTemat.pl Ola Gersz, wszelkie rodzaje duńskich sił zbrojnych są prawnie zobowiązane do natychmiastowej reakcji – w tym oddania ognia bez rozkazu – na jakiekolwiek zagrożenie dla integralności granic.
Kwestię tę reguluje rozporządzenie o środkach ostrożności z 1952 roku. Choć wprowadzono je ponad siedem dekad temu jako odpowiedź na doświadczenia II wojny światowej, duńskie Ministerstwo Obrony oficjalnie potwierdziło, iż przepisy te przez cały czas obowiązują.
Zaś liderzy ugrupowań politycznych działajacych w ramach grenlandzkiej autonomii wystosowali właśnie oświadczenie w którym podkreślają, iż "o przyszłości Grenlandii muszą zdecydować Grenlandczycy". "Nie chcemy być Amerykanami, nie chcemy być Duńczykami. Chcemy być Grenlandczykami" – brzmi stanowisko zawarte ponad politycznymi podziałami.
Imperialna polityka Donalda Trumpa wzbudza jednak niepokój nie tylko w Danii. Obawy o to, iż za chwilę Amerykanie przyjdą także po ich terytorium zgłaszają coraz głośniej Portugalczycy. U nich jednym z głownych tematów trwającej właśnie kampanii prezydenckiej jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jak przed aneksją uchronić Azory.
Te portugalskie wyspy leżące na Oceanie Atlantyckim (w zasadzie na prostej linii między Lizboną a Waszyngtonem) większości z nas są znane jako turystyczny raj. Dla możnych tego świata są jednak interesujące z zupełnie innego powodu.
Ze względu na swoją lokalizację Azory mają strategiczne znaczenie militarne, stanowiąc tzw. węzeł przesiadkowy dla lotnictwa na wypadek konfliktów zbrojnych w tej cześci świata. Ich posiadanie było jednym z głównych argumentów za tym, aby stosunkowo słabą wówczs i biedną Portugalię już w 1949 roku przyjąć do grona członków-założycieli NATO.
Podobnie jak na Grenlandii, także na Azorach założona została przed laty amerykańska baza. Położona na wyspie Terceira pełniła rolę istotnego zaplecza dla sił USA i sojuszników – na przykład jako miejsce tankowania samolotów wspierających operacje na Bliskim Wschodzie oraz w Afryce. No a teraz mogłaby ułatwić operację mającą na celu wpisanie archipelagu w granice USA.















