Po wygranym referendum w sprawie odwołania Aleksandra Miszalskiego pisałem:
„Nadchodzące wybory na pewno będą dla komentatorów niezwykle płodnym polem do analiz. Łukasz Gibała autentycznie rozjuszył i upokorzył tych, którzy pozaprawnymi metodami pozbawili go prezydentury w poprzednich wyborach, ale sądząc z ogólnokrajowej medialnej nagonki jego droga do ewentualnego zwycięstwa może być przez to jeszcze trudniejsza. To dla mnie istotny argument za jego kandydaturą, choć wcale nie jestem pewny czy wystartuje we wcześniejszych wyborach. Mając przeciwko sobie w praktyce niemal całą obecną Radę Miasta i wspomniany szeroki krakowski układ, to zadanie niemal z gatunku mission impossible. A co do miasta i samochodów? trzeba tu jak we wszystkim kierować się zasadą umiaru, uczciwego ważenia argumentów by znaleźć równowagę i nie przywiązywać się do własnych sukcesów, bo czas i okoliczności mogą sprawić, iż to co było mądre wczoraj, nie jest takie obecnie, trwałe są tylko zasady.” (Myśl Polska, nr 23-24, 7-14.06.2026)
No i stało się, Łukasz Gibała wygrał w wielkim stylu wybory na Prezydenta Krakowa. Startował w nich po raz czwarty bez partyjnego szyldu i poparcia. To jego wielki osobisty sukces i satysfakcja, bo skala wrogości, chamstwa, podłych insynuacji i przepraszam za przyprawiające o mdłości wytarte słowo „nienawiści” jakiej doświadczył była niewyobrażalna. Tak jak pisałem w cytowanym tekście w poprzednich wyborach aby zwalczyć Gibałę układ rządzący posunął się do metod jawnie gangsterskich, które policja i prokuratura tolerowały. Zostało to udokumentowane i opisane w książce dziennikarzy śledczych i co? I nic o ile chodzi o reakcję władz. Ale nie to było niestety katalizatorem buntu, piszę niestety, bo świadczyłoby to o dojrzałości i wrażliwości elektoratu na nadużycia prawa i upadek państwa.
Kroplą, która przelała czarę goryczy obok prymitywnego stylu Miszalskiego były protesty przeciw Strefie Czystego Transportu. Wprowadzono ją w sposób arogancki i radykalny, co wywołało bunt kierowców z podkrakowskich miejscowości. Sam Gibała wcale nie akcentował tego punktu, gdyż po pierwsze strefa nie dotykała mieszkańców Krakowa, po drugie ograniczenia ruchu samochodowego w wielkich miastach same w sobie są jak najbardziej rozsądnym postulatem, a postulaty liderów kierowców nie miały szans powodzenia w rozumnej części elektoratu.
Łukasz Gibała bardzo słusznie stawiał w swoim programie na rozwijanie sieci tramwajowej, co w mieście wielkości Krakowa jest optymalnym rozwiązaniem zarówno jeżeli chodzi o wygodę mieszkańców jak i stosunek nakładów do efektów. Starannie unikał wdawania się w ideowe spory, w które próbowano go wciągać, akcentował szacunek do wyborców konserwatywnych, ale brak zainteresowania manifestacjami w rodzaju np. nierespektowania ogólnopolskiego prawa w kwestii „ślubów” par jednopłciowych.
Zwycięstwo ułatwiła fatalna jakość kontrkandydatów, a szczególnie jego głównej rywalki, popieranej agresywnie przez samego premiera Donalda Tuska, ministra finansów, ministra spraw zagranicznych, wiecznego prezydenta Jacka Majchrowskiego i skompromitowanego Aleksandra Miszalskiego. Obiecywano miliardy z niemającego co robić z pieniędzmi budżetu państwa na krakowskie metro, a premier Tusk sugerował, iż wobec mającego nastąpić lada chwila zmasowanego ataku rosyjskich rakiet tylko Pani Piątkowska zapewni bezpieczeństwo, bo ważne jest wzajemne zaufanie władz centralnych i samorządu. Kandydat PiS był choćby miły, ale mało znany, o kandydatkach lewicy można pisać jedynie memami, o tym dlaczego słaby wynik zanotował kandydat Korony Grzegorza Brauna napiszę w dłuższym komentarzu w wersji papierowej.
Olaf Swolkień
fot. profil fb Ł. Gibały














