Free people in earthly slavery

niepoprawni.pl 2 hours ago

Zawsze tutaj tak wyglądało? Zapytałem jednego Gambijczyka zapoznanego w potwornie brudnym i zatłoczonym mieście Barra. Nie zawsze – odpowiedział Lamin, rzekomy potomek Kunta Kinteh, niewolniczego bohatera narodowego Gambii (podróżując po Senegalu dwukrotnie pokonywałem rzekę Gambię i terytorium tego niewielkiego kraju). Najpierw przyszli biali i zakuli nas w kajdany, zdziesiątkowali nasze klany, a miliony wywieźli za wielką wodę. Gdy już mieli dość niewolników, zajęli się organizowaniem życia tutaj. Ograbili nas, dorobili się i złagodnieli. Zaczęli rozmawiać z nami jak z ludźmi, pytać nas o zdanie, ale były to tylko pozory. Nie mieli dobrych zamiarów. Zawsze wykorzystywali naszą wrodzoną ufność. Biały człowiek nie ufa choćby swojej rodzinie, choćby i nie miał ku temu powodów. Czarny ufa każdemu, kto jeszcze nie zawiódł jego zaufania. Biali zawiedli moich przodków wiele razy – mówił wioząc mnie za niewielką opłatą do wioski Albreda, skąd łodzią popłynęliśmy na wyspę James Island, która niegdyś była miejscem przeładunku niewolników na statki płynące do Europy i Ameryki. Dawniej żyły tu setki krokodyli, ale przeniosły się w górę rzeki, gdy skończyło się ludzkie mięso (chodziło o ciała niewolników, którzy przez potworne warunki na wyspie nie dotrwali do załadunku, więc wrzucano ich do rzeki, a także tych, którzy wpław próbowali uciec na stały ląd).

W drodze powrotnej opowiedział mi też historyjkę nie tak straszną, jak te opowiadane na wyspie, o czasach nam bliższych. Brzmiała mniej więcej tak: Biały przyjeżdża do murzyńskiej wioski i pyta gospodarza domu ile zarabia. Ten posiada kilku krów, albo kóz, żyje z tego co wyhoduje: prosa, sorga, manioku czy granatów, którymi dzieli się z ludźmi z wioski. Z tego co sprzeda zarobi 5 funtów miesięcznie (funt jest tu umowną jednostką, równie dobrze mógłby to być frank, escudo, marka, dolar lub inna waluta kolonizatorów). Biały mówi murzynowi (słowo to nie ma w mojej wypowiedzi żadnych negatywnych konotacji, gdyż mam do tych ludzi duży szacunek): daj mi swoją ziemię, zbuduję w waszej wiosce drogi, szkołę, kościół oraz wielką farmę krów, kurczaków, bananów i kukurydzy. Wszyscy znajdziecie pracę. Zarobisz w miesiąc nie 5, ale 100 funtów. Będziesz żył jak wódz. Murzyn (jak i prawie wszyscy jego sąsiedzi) zgodził się i dziesięć lat później na murzyńskiej ziemi biały zbudował, to co obiecał. Zgodnie z umową za pracę płacił każdemu po 100 funtów miesięcznie. Powstały sklepy, które oferowały przeróżne produkty. Takie, których murzyn nigdy nie widział na oczy, jak i te znane, które murzyn 10 lat wcześniej wytwarzał własnymi rękami. Problem w tym, iż dziś, poza pracą dla białego człowieka sam już praktycznie niczego nie produkował. Zaopatrywał się za to głównie w sklepach, w których miesięczny rachunek wynosił nie 5, nie 100, ale 250 funtów. Murzyn posłał więc do pracy u białego żonę, ale choćby wtedy nie był w stanie wyżywić rodziny, więc niedługo ruszył do pobliskiego miasta szukać lepszej pracy. W końcu większość rodziny porzuciła wioskę i przeniosła się do miasta przypominającego Barrę.

Historyjka opowiedziana przez Lamina może i mocno upraszcza rzeczywistość w jakiej przyszło żyć Gambijczykom (i Senegalczykom, gdyż to głównie oni są bohaterami mojego opowiadania), ale faktem jest, iż około 60% ludności Senegalu i Gambii tłoczy się w miastach (wzrost o 30% w ciągu 50 lat) i nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie to, iż – wbrew światowym trendom – po przeprowadzce żyją najczęściej w gorszych warunkach niż przed przeprowadzką. W samej aglomeracji Dakaru, stolicy Senegalu mieszka już około 4 miliony osób, co stanowi 1/5 ludności kraju. Gwar poruszających się w różnych kierunkach tłumów dobiegający z arterii miasta pokrytego glinianym kurzem i piachem niesionym znad pustyni, mieszający się z dźwiękami klaksonów odrapanych samochodów daje wrażenie pośpiechu i jakiegoś celu, a jednak przysłania przytłaczający masy ludzkie bezwład. Większość żyje z dnia na dzień. Porzuceni przez swoich francuskich okupantów Senegalczycy mają własne Państwo, ale nie wpłynęło to znacząco na poprawę ich warunków życia. Nowe Państwo walczy o swoją niepewną przyszłość borykając się z zadłużeniem, napięciami społeczno-politycznymi, przestępczością czy korupcją.

Przed przybyciem Europejczyków do dzisiejszego Senegalu obszar ten nie był jedynie krainą dzikusów, których lokalni watażkowie sprzedawali białym na niewolnicze statki po paczce tytoniu za sztukę. Był terenem podzielonym między kilka dobrze zorganizowanych królestw o bogatej kulturze i religii oraz gospodarce opartej na handlu z zamożną północą Afryki. Królestwa te dość długo broniły się przed europejską kolonizacją. Jak wiadomo przegrali. Francuzi, którzy na dobre zadomowili się tam w XIX wieku twardą ręką narzucili miejscowym swój system edukacji i język, wymazując lokalne tradycje i struktury przywódcze na rzecz scentralizowanej administracji (obszar wzdłuż rzeki Gambii, który dziś stanowi odrębne państwo pośrodku terytorium Senegalu podlegał w tym okresie Brytyjczykom i to oni w dużej mierze odpowiadali w tej okolicy za transport i handel niewolnikami pozyskiwanymi z głębi kontynentu). Oprócz infrastruktury umożliwiającej drenowanie zasobów materialnych i ludzkich regionu, Francuzi stworzyli także lokalne elity, które później (w latach sześćdziesiątych poprzedniego stulecia) przyczyniły się do wywalczenia przez ten kraj niepodległości. Podobnie historia wyglądała w przypadku wspomnianej Gambii (będącej integralną częścią regionu) rządzonej przez Brytyjczyków. Ponad pół wieku później Senegal jest już innym krajem: bez dawnej tożsamości plemiennej, ale z rozwijającą się gospodarką, z niepodlegającym europejskiemu nadzorowi rządem i wolnym, choć biednym ludem, z mocno zróżnicowanym etnicznie, ale tolerancyjnym społeczeństwem, z niezłą, choć niszczejącą infrastrukturą i targaną burzami, ale wciąż utrzymującą się demokracją. Powyższe w połączeniu z gorącym klimatem i morzem problemów tworzy niezwykle ciekawą mieszankę.

Przemierzając kraj widziałem tysiące tych, co pracują od zmierzchu do świtu próbując przeżyć na różne sposoby, łatając dziury w drogach i dziury w oponach, naprawiając stare krzesła i stare protezy, prażąc w popiele orzechy, strzygąc głowy, malując odrapane ściany, łapiąc ryby albo przewożąc lub sprzedając wszystko, co można przewieźć lub sprzedać. Widziałem też tysiące tych, dla których nie ma zajęcia, którzy od zmierzchu do świtu wysiadują przed gankami swoich domów, marnując swój ludzki potencjał. Oficjalnie bezrobocie w Senegalu wynosi 3%, ale ze względu na sezonowość pracy bywa 10-krotnie wyższe. Prawie połowa społeczeństwa to nieletni, co zapowiada w nieodległej przyszłości boom demograficzny i trudności w odnalezieniu się na rynku pracy nowych mas ludzkich (sytuacja podobnie, choć nieco gorzej wygląda w Gambii). Fakt, iż co trzeci obywatel nie kończy podstawówki, mnoży tylko problemy. Biedę widać na pierwszy rzut oka, ale nie można powiedzieć, by ubóstwo było powszechne. Nikt nie umiera z głodu, wody pitnej też nikomu nie brakuje. Brakuje butów na nogach dzieci, nie brakuje im koszulek z logami europejskich klubów piłkarskich. Najważniejsze jednak, iż kraju nie trawią żadne znaczące, lokalne konflikty zbrojne. Władza przekazywana jest tam prawie dobrowolnie, co jak na standardy afrykańskie jest raczej rzadkością. Senegal jest jednym z niewielu stabilnych państw w regionie (dotyczy to także Gambii, mimo tego, iż w ostatnich latach dochodziło tam do prób siłowego przejęcia władzy – aby temu zapobiec na jej terytorium stacjonują żołnierze Senegalu i Ghany, państw należących do Zachodnioafrykańskiej Wspólnoty Gospodarczej).

Egzystencji przeciętnych mieszkańców Senegambii towarzyszą spore wyzwania codzienne i nie pociesza to, iż radzą sobie nieco lepiej niż reszta kontynentu, która zaludnia się szybciej, a przez to biednieje i pogrąża w przestępczości. Przyczyn dzisiejszych problemów trzeba szukać w przeszłości. Choć epoka ubezwłasnowolnienia czarnego człowieka w Afryce skończyła się dawno temu, pozostawiła po sobie trwały ślad w postaci jego bierności i zależności od innych. Będąc na miejscu momentami miałem wrażenie jakby biali okupanci odeszli zaledwie wczoraj. Powodów takiego stanu rzeczy jest prawdopodobnie wiele, ale pierwszym, który przychodzi mi do głowy, mógłbym opisać jednym zdaniem z książki „Życie na niby” Kazimierza Wyki (którą przeczytałem na niedługo przed wyjazdem do Afryki): „wykluczenie najważniejszych procesów życia zbiorowego od odpowiedzialności i sprawczego uczestnictwa musiało wywołać głęboką deprawację jego uczestników, deprawację przeważnie niezawinioną, wywołaną samą koniecznością przetrwania w systemie opartym na fikcji jako usłudze dla rządzących, na krzywdzie jako zasadzie”. Kazimierz Wyka w swojej książce nie opisywał oczywiście rządów Francuzów i Brytyjczyków w XIX-wiecznej Senegambii, ale rządy niemieckie w Polsce w pierwszej połowie XX wieku. Czas i miejsce inne, ale mentalność ludzi wykutych żelazną ręką okupanta, zmagających się z brutalnym zniewoleniem i jego następstwami podobna.

Choć niepodległość odzyskaliśmy wcześniej niż Zachodni Afrykańczycy, to wyzwolenie z uścisku ZSRR przyszło znacznie później. Mimo to jesteśmy już na zupełnie innym poziomie rozwoju niż kraje afrykańskie, takie jak Senegal czy Gambia. Dlatego moje porównanie może nieco zakłuć tych, którzy dzisiejszy sukces Polski upatrują w cechach naszego charakteru takich jak odwaga czy pracowitość, za to odwrotnie rozumują w przypadku Afryki, jakoby ich dzisiejsze zacofanie wynikało z czynników kulturowych i rasowych. Prawda, jak zwykle jest złożona – dekady wyłączania czarnej ludności z organizacji życia społecznego, politycznego i kulturalnego zrobiły swoje. Oczywiście tradycje, wzorce postępowania, czy położenie geopolityczne mają duże znaczenie, tak jak ma je również losowość rządząca naszym życiem (decydująca o czasie i miejscu urodzenia) czy pojawianie się zdarzeń rzadkich jak kryzysy, wojny oraz katastrofy naturalne. Kolor skóry ma drugorzędne znaczenie. Powiem inaczej, wszyscy zniewoleni ludzie tego świata mają jeden kolor, jeden zestaw cech i zachowań powstałych jako reakcja na wieloletnie lub wielopokoleniowe upodlenie fizyczne i psychiczne: Rosjanie terroryzowani przez Stalina, Kambodżanie dziesiątkowani przez Czerwonych Khmerów, Palestyńczycy izolowani i głodzeni przez Izrael. Złożoność ludzkiej sytuacji, przyczynę takiego czy innego jego położenia i zachowania dobrze jednym zdaniem wyraził Czesław Miłosz: „Wszystko czym żyją ludzie, jest darem formacji historycznej, w jakiej się znaleźli”.

To historyczne naznaczenie widać w Afryce na każdym kroku. Z perspektywy obserwatora (opieram się w tym tekście głównie na wiedzy z ulicy, a nie na danych) do rzeczywistości zastanej w Senegambii dobrze pasuje mi określenie „gospodarka wyłączona” ukute (a może tylko użyte) przez Pana Kazimierza Wykę we wspomnianej wcześniej książce. Tak opisywał on życie w Galicji w trakcie II wojny światowej: „pośrednictwo handlowe zostało rozdeptane w olbrzymi łańcuch, z którego żyła nieproporcjonalnie wielka liczba osób. Wokół kosteczki, którą przedwojenny piesek byłby uniósł w dwóch zębach, dreptały mozolnie setki mrówek i naturalnie musiało wydawać się mrówkom, iż są niezmiernie aktywne”. 80 lat minęło, a powyższy schemat sprawdza się równie dobrze, w zupełnie innym otoczeniu, ale w zbliżonych, choć niewojennych warunkach, w których nieufność do władz i ciągła walka o środki do życia sprawia, iż ludzie funkcjonują w myśl zasady: „Teraz też jest wojna, kto kombinuje ten żyje”.

Najprościej opiszę to na przykładzie mojej przejażdżki lokalnym środkiem transportu (czyli przeładowanym 8-osobowym wanem) pewnego przedpołudnia po regionie Casamance. Pośród kobiet, od rana do wieczora drepczących po zatłoczonym przydrożnym parkingu z koszykami orzechów (w nadziei na ich sprzedanie), kręci się naganiacz, który dostrzega mnie i ciągnie prosto do kierowcy, aby uchronić mnie przed staniem w kolejce i płaceniem prowizji dla kasy dworca. Pomocnik kierowcy bierze pieniądze, odpala 200 franków naganiaczowi i usadza mnie w pojeździe. Następną godzinę (odpędzając się od sprzedawców ładowarek, bananów i kapeluszy) oczekuję na współpasażerów, których naganiacz szuka po całej okolicy. W tym czasie bagażowy układa na dachu stos nie wiadomo czyich bagaży, sięgający pierwszego piętra. Kierowca i jego pomocnik, cierpliwie palą papierosy, mają przecież swoje zadania. Ten drugi (za uzbierane z biletów pieniądze) musi zapłacić za paliwo na stacji, która nie jest stacją (a kilkoma beczkami z paliwem na zapleczu czyjegoś złomowiska), musi także opłacić mechaników podczas kolejnych dwóch postojów na dopompowanie koła. Ten pierwszy (kierowca) ma jeszcze trudniejsze zadanie: nie urwać tych kół na dziurawej drodze i przekonać służby porządkowe (podczas przekraczania kolejnych punktów kontrolnych, a na 50-kilometrowej trasie były ich trzy) do zezwolenia nam na dalszą jazdę. W tym celu kierowca dwa razy udał się do budki strażniczej, a raz formalności załatwił wprost pod moim oknem – z ręki do ręki powędrował różowy banknot 1000-frankowy (czyli około 6 polskich złotych). Po drodze zatrzymywaliśmy się jeszcze kilka razy (uzupełnienie płynów, roszady w składzie i pakunkach), ale to już inna historia. Po trzech godzinach z hakiem (od momentu zajęcia miejsca) bogaty w nową wiedzę o świecie dotarłem do celu. Tak mniej więcej na tej wysuszonej ziemi toczy się dzień za dniem.

Właśnie podczas tej przejażdżki przypomniałem sobie o „gospodarce wyłączonej” opisywanej przez Pana Kazimierza Wykę. Tego rodzaju łańcuszki mrówczej pracy zarobkowej oraz drobne łapówki, które są tu tak naturalne jak napiwki w tunezyjskich hotelach, pozwalają przetrwać milionom ludzi będących w trudnej sytuacji. Duża część tego „obrotu” funkcjonuje poza systemem podatkowym, a ten bądź co bądź jest niezbędny do tego, aby kraj się rozwijał. Trudno jednak ludzi postawionych pod ścianą, obwiniać o to, iż nie martwią się o Państwo, zresztą za mozolny proces bogacenia się Senegalu odpowiadają w niewielkim stopniu, w porównaniu choćby do zachodnich i wschodnich grup interesów drenujących jego zasoby równie skutecznie, jak przed uzyskaniem przez ten kraj niepodległości (choć formalnie Państwo jest właścicielem surowców, to koncesje na ich wydobycie posiadają głównie zagraniczne korporacje. Korupcja na szczytach władzy, brak spójnych przepisów, a przede wszystkim brak własnej infrastruktury do pozyskiwania surowców, nie mówiąc o ich przetwarzaniu, sprawia, iż bogactwa naturalne opuszczają kraj w stanie surowym z niewielkim zyskiem dla Senegalczyków, by wrócić w postaci wielokrotnie droższych produktów).

Powyższa neokolonialna polityka dzisiejszych mocarstw (nie tylko narodowych, ale i instytucjonalnych) dotyka zresztą nie tylko Afryki, ale – w różnym stopniu – większości państw świata, których suwerenność jest umowna (tu można by znaleźć kolejne analogie między Senegalem, a naszym krajem). Senegalczycy, którym ponad pół wieku temu udało się wyzwolić z kajdan, gwałtownie utknęli w sidłach gospodarczego neokolonializmu. Teraz próbują się z nich wydostać (Obecny rządu w ciągu ostatnich dwóch lat przeprowadził rewizję wielu zagranicznych kontraktów i koncesji wydobywczych, czego skutkiem było wypowiedzenie kilkudziesięciu z nich w marcu tego roku. Oby „zagraniczna presja” nie zmiotła obecnego premiera Senegalu (Ousmane Sonko), który śmie twierdzić, iż warunki, na jakich te umowy zostały zawarte, są zdecydowanie dla Senegalu niekorzystne.

Trudno nie schodzić na temat polityki (czego chciałem uniknąć), ale sytuacja każdego człowieka na globie od niej się zaczyna i na niej się kończy, nieważne czy żyje w europejskim mieście, czy afrykańskiej wiosce. Nie wszyscy jednak odczuwamy jej skutki w równym stopniu. Poprawa warunków życia społeczeństw (będąca efektem ubocznym chciwości kapitalistów) w miejscach takich jak Senegal przebiega wolniej niż wymagałaby tego przyzwoitość, w stosunku do żyjących tam ludzi. Ci nie mają jednak co liczyć na dobroduszność nowych panów, wspólnie ze swoimi przedstawicielami muszą o nią walczyć, byle z głową, tak by nie przewrócić kruchej równowagi i przynieść nowych cierpień temu sponiewieranemu ludowi. Przywoływanie czasów niewolnictwa można uznać za sentymentalizm (szczególnie w obliczu nowych globalnych zagrożeń, świeżo wypowiadanych wojen i nie mniej powszechnego łamania praw człowieka), ale jest konieczne póki żyją ludzie, którzy wciąż ponoszą jego skutki. Wygląda także na to, iż setki milionów ludzi zdeptanych przez walec historii w imię władzy, zysków czy tworzenia „nowego człowieka” nie są dla naszej cywilizacji wystarczającym ostrzeżeniem, może dlatego, iż nie pamiętamy. Niech więc pamięć o nich, świadomość ich bezsensownej męki, będzie kroplą, która może w końcu wszystkich nas wyzwoli, która sprawi, iż wszystko co stworzyła przemoc minie bez śladu.

]]>https://naocznyobserwator.blogspot.com/]]>

Read Entire Article