Europa kapitału, nie tylko funduszy. Monnet, Draghi i polski dylemat rozwojowy

liberte.pl 1 day ago

To nie jest kolejna brukselska laurka pisana nowomową, nad którą można przejść do porządku dziennego. To diagnoza, w której „stagnacja” odmieniana jest przez wszystkie przypadki, a widmo technologicznej marginalizacji Starego Kontynentu przestaje być tylko publicystyczną figurą straszącą po nocach ekonomistów.

Lubimy myśleć, iż ruch to życie. Że dopóki taśmy produkcyjne szumią, a ciężarówki wyjeżdżają z logistycznych hubów pod Strykowem czy Poznaniem, jesteśmy bezpieczni. Otuleni ciepłym kocem wzrostu PKB, przyzwyczailiśmy się do roli „prymusów transformacji”, nie dostrzegając, iż świat wokół nas zaczął grać w zupełnie inną grę. Ten komfort bywa jednak zdradliwy, działa jak morfina, łagodzi ból zapóźnienia, ale nie leczy choroby. W tę senną narrację o europejskim sukcesie z hukiem wdarł się Mario Draghi. Człowiek, który niegdyś „ratował euro za wszelką cenę”, rok temu położył na stole raport gruby od faktów i powiedzmy to sobie szczerze, pozbawiony litości.

To nie jest kolejna brukselska laurka pisana nowomową, nad którą można przejść do porządku dziennego. To diagnoza, w której „stagnacja” odmieniana jest przez wszystkie przypadki, a widmo technologicznej marginalizacji Starego Kontynentu przestaje być tylko publicystyczną figurą straszącą po nocach ekonomistów. Gdy wczytać się w te kilkaset stron, między wierszami o dekarbonizacji i cyfryzacji słychać echo myśli Jeana Monneta, który, gdyby żył, w listopadzie obchodziłby 137. urodziny. Ojciec założyciel Wspólnoty wiedział przecież doskonale, iż integracja to nie stan dany raz na zawsze, ale proces, który karmi się konkretnym działaniem, „faktami tworzącymi solidarność”. Dziś te fakty są brutalne. Polska stoi w niewygodnym rozkroku. Jedną nogą tkwimy w bezpiecznej, ale coraz mniej opłacalnej roli „europejskiej montowni” – sprawnego podwykonawcy cudzych pomysłów. Drugą nieśmiało próbujemy postawić na gruncie innowacji, tam, gdzie marże są wysokie, a ryzyko jeszcze wyższe. Czy potrafimy zrozumieć, iż filary zmian, o których pisze Włoch, to nie biurokratyczne wymogi, ale nasza jedyna szansa na ucieczkę do przodu?

Jean Monnet, jeden z ojców założycieli integracji, lubił powtarzać, iż „Europa będzie się wykuwała w kryzysach i będzie sumą rozwiązań przyjętych wobec tych kryzysów”. Kryzys, w który weszła dziś Europa, nie ma formy spektakularnego załamania, ale powolnego osuwania się w dół tabeli. Przez dwie dekady przyzwyczailiśmy się, iż wystarczy „robić swoje”, a będziemy doganiać Zachód. Draghi mówi: to się skończyło. Świat przyspieszył, a Europa ugrzęzła w pół kroku, zbyt biedna w kapitał ryzyka, zbyt droga w energię, zbyt rozdrobniona regulacyjnie, by rodzić nowych gigantów technologicznych. Gdyby Monnet pisał swój manifest dzisiaj, zamiast o stali, pisałby prawdopodobnie o kapitale. Draghi skupił się jednak na bardziej zaawansowanym etapie integracji. Jego diagnoza nie pozostawia miejsca na złudzenia: bez faktycznej unii rynków kapitałowych, Europa nie ma szans w starciu z technologicznymi lewiatanami z USA czy Chin. Zielona transformacja i cyfrowy skok pozostaną jedynie sferą deklaracji, jeżeli nie popłynie za nimi rzeka pieniędzy, której koryto wciąż jest w Europie poprzecinane tamami narodowych egoizmów. Egoizmów, którym Polska z silną pozycją europejskiego lidera mogłaby zaradzić. Na tę pozycję niestety przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Draghi dostrzega w tym zjawisku systemowy błąd, wykraczający daleko poza polskie podwórko. Skala wyzwań, z jakimi się mierzymy, jest oszałamiająca – mowa o inwestycjach rzędu setek miliardów euro rocznie, równowartości blisko pięciu procent unijnego PKB. To ciężar, pod którym ugnie się każdy budżet narodowy z osobna, i każdy, choćby najsprawniejszy, lokalny rynek. Dlatego tak mocno wybrzmiewa postulat pogłębienia unii rynków kapitałowych w którym chodzi o zastąpienie dwudziestu siedmiu płytkich, wysychających kałuż jednym, głębokim oceanem kapitału. W praktyce oznacza to zgodę na silniejszy europejski nadzór i swobodny przepływ oszczędności, które zamiast być przejadane albo, co gorsza, leżeć odłogiem, mogłyby zasilać innowacje ponad granicami, realizując w ten sposób testament Monneta w cyfrowej, skupionej na mobilności kapitału epoce. Przez lata karmiliśmy się opowieścią, w której „polski kapitał finansuje polskie firmy”, a państwowe agencje dumnie przecinały wstęgi przy kolejnych inkubatorach. Jednak ten model, choć bezpieczny i swojski, doszedł do ściany. Spójrzmy prawdzie w oczy na przykładzie ElevenLabs. To nasi ludzie, polski intelekt i technologia, która zachwyciła świat, ale gdy przyszło do gry o status globalnego jednorożca i dominację w sektorze AI, to nie fundusz znad Wisły wyłożył na stół decydujące karty. Rundę finansowania, która katapultowała ich do pierwszej ligi, prowadzili gracze tacy jak Andreessen Horowitz czy Sequoia Capital. To bolesna lekcja pokory: żaden rodzimy fundusz, choćby przy najszczerszych chęciach, nie posiada siły rażenia, by zamienić się z dnia na dzień w SoftBank. jeżeli więc chcemy, by w Polsce rodziły się firmy globalnego formatu, musimy odważyć się wpuścić je głęboko w europejski, a choćby światowy krwiobieg finansowy.

W tym miejscu duch Monneta upomina się o uwagę. Jego wizja integracji nigdy nie była abstrakcyjnym snem „federalistów z Luksemburga”, ale pochodną żelaznej, kupieckiej logiki. Skoro zburzyliśmy mury celne dla towarów i otworzyliśmy granice dla pracowników, to jakim cudem wciąż trzymamy w narodowych klatkach najważniejszy surowiec XXI wieku – kapitał i ryzyko? Widać to jak na dłoni w polskich dylematach: tracimy czas na jałowe spory o to, czy kolejną innowację leczyć kroplówką z dotacji, czy może nową specustawą, podczas gdy transnarodowy kapitał odbija się od naszych drzwi. Nie dlatego, iż nie chce wejść, ale dlatego, iż nie potrafimy ich szeroko otworzyć.

Pora zatem, by polska debata o innowacyjności wyrosła z krótkich spodenek. Zamiast w kółko emocjonować się kolejnym „programem dla startupów”, musimy skupić się na tym, co stanowi rdzeń myśli zarówno Monneta, jak i Draghiego: architektury systemu. Monnet był inżynierem konieczności; wiedział, iż najtrwalszym spoiwem nie są deklaracje przyjaźni, ale instytucje, które wymuszają współpracę, oferując w zamian premię za skalę, czy to w stali, czy w rolnictwie. Draghi tę samą logikę przenosi w realia cyfrowe: projektuje mechanizmy, które mają obniżyć koszt kapitału i połączyć rozproszone, narodowe wysiłki w masę krytyczną zdolną konkurować ze światem. Przede wszystkim musimy przestać traktować unię rynków kapitałowych jako egzotyczną nowinkę, a zacząć widzieć w niej tlen dla naszej gospodarki. Wspólne zaciąganie długu przez instytucje UE w ramach mechanizmów takich jak Rearm Europe są dobrym krokiem w kierunku normalizacji głębszej integracji. Wymaga to jednak szerszej i daleko, we współczesnym klimacie, odwagi w polityce: od rzeczywistego otwarcia krajowego rynku, po taką przebudowę regulacji, by fundusze emerytalne czy ubezpieczyciele przestali być tylko strażnikami bezpiecznych aktywów, a stali się paliwem dla innowacji.

Czytany w ten sposób Raport Draghiego przestaje być technicznym dokumentem, który odłożymy na półkę. Staje się propozycją nowej umowy cywilizacyjnej, w której historyczna metoda „krok po kroku” wchodzi w fazę decydującą. Tym razem stawką nie jest węgiel, ale zdolność do generowania przyszłości. Dla kraju zawieszonego „między montownią a centrum innowacji” to być może ostatni moment, by przestać gonić króliczka, a zacząć współdecydować o trasie biegu. jeżeli jednak wzruszymy ramionami, uznając to za kolejny „brukselski elaborat”, pozostaniemy tym, czym jesteśmy: elegancką, nowoczesną montownią w sercu Europy. Z pięknymi autostradami, nowymi halami i całym bagażem niespełnionych ambicji, który dostaniemy w pakiecie.

Read Entire Article