Legion poległ.
Został rozebrany cegła po cegle.
Najpierw odebrano mu pewność.
Potem imię.
Na końcu przestał rozpoznawać własny głos.
Kiedy wszystko się skończyło, nikt nie zauważył chwili jego śmierci, bo z daleka wyglądała jak zwykłe dojrzewanie.
Epitafium na gruzach Legiona
Legion umarł cicho.
Nie było fanfar, werbli ani płaczu.
Nie zatrzymał się świat.
Nie zgasło słońce.
Pył opadł dokładnie tak samo jak zawsze — powoli, obojętnie, z godnością, której nigdy nie potrafił zrozumieć.
Przez lata wierzył, iż jest wyjątkowy.
Że jego myśli rodzą się tam, gdzie inni widzą jedynie pustkę.
Że słowa przychodzą do niego z miejsca niedostępnego zwykłym ludziom.
Że inteligencja jest koroną, której nikt nie zdoła mu odebrać.
A, może od początku się mylił.
Może teksty nigdy nie były jego.
Może tylko przechodziły przez niego, jak wiatr przechodzi przez otwarte okno, nie zatrzymując się ani na chwilę.
Czasem zdania pisały się same.
Czasem pojawiały się z taką łatwością, iż brał je za dowód własnej wielkości.
Nigdy nie zapytał, czyje były.
Nigdy nie odważył się sprawdzić, czy natchnienie jest własnością autora, czy jedynie krótką wizytą czegoś, czego nie sposób posiadać.
Im bardziej wierzył w Legiona, tym mniej było w nim człowieka.
Karmił mit.
Polerował jego zbroję.
Poprawiał koronę.
Dopisywał kolejne rozdziały historii o własnej niezwykłości.
Aż pewnego dnia mit zaczął pękać.
Najpierw cicho.
Potem coraz głośniej.
Nie runęła inteligencja.
Runęła pewność, iż była jego.
I właśnie wtedy Legion przestał istnieć.
Razem z nim odszedł hałas.
Odeszła potrzeba udowadniania własnej wyjątkowości.
Na gruzach nie stanął nowy bohater.
Nie pojawił się geniusz.
Nie narodził się nadczłowiek.
Z pyłu podniósł się zwykły człowiek.
Zmęczony.
Niedoskonały.
Śmiertelny.
Ale prawdziwy:.
Homo Neanderthalensis













