"Dlaczego przywódcy UE nagle stali się mili dla Rosji? Kanclerz Niemiec, prezydent Francji i premier Włoch najwyraźniej dostrzegli sens pojednania z Moskwą. Ale czy to prawda? "

grazynarebeca5.blogspot.com 2 hours ago

Autorstwa Tarika Cyrila Amara, historyka z Niemiec, pracującego na Uniwersytecie Koç w Stambule, na temat Rosji, Ukrainy i Europy Wschodniej, historii II wojny światowej, kulturowej zimnej wojny i polityki pamięci.
@tarikcyrilamartarikcyrilamar.substack.com
tarikcyrilamar.com
Kanclerz Niemiec Friedrich Merz © Getty Images / Maja Hitij / Getty Images


Czasami zaskakujące oświadczenie, wygłoszone niemal mimochodem przy mało istotnej okazji, może nieść ze sobą ogromny polityczny impet. A czasami to tylko pomyłka, która kilka powie ani o teraźniejszości, ani o przyszłości. Ale skąd to wiedzieć?

To właśnie wyzwanie stanowi niedawna – i bardzo nietypowa – wypowiedź kanclerza Niemiec Friedricha Merza o „kompromisie” („Ausgleich” po niemiecku) z Rosją, która, jak podkreślił, jest „krajem europejskim”, a wręcz „naszym największym europejskim sąsiadem”.

Poza kontekstem obecnej polityki Zachodu, a w szczególności Niemiec i UE, takie oświadczenie może wydawać się niemal banalne. Oczywiście, sensowne byłoby, aby Berlin – a także Bruksela – dążyły do ​​pokojowych, produktywnych i obopólnie korzystnych relacji z Moskwą. Równie oczywiste jest, iż nie jest to jedynie opcja, ale w rzeczywistości niezbędna konieczność (co Merz mógł sugerować, podkreślając, iż Rosja jest największym europejskim sąsiadem Niemiec: Największym, czyli niezbędnym?).

Jednak gdy dodamy do tego rzeczywisty kontekst eskalacji polityki Niemiec i UE wobec Rosji najpóźniej od 2014 roku, nagłe spostrzeżenie Merza, iż ​​jest to oczywiste, wydaje się niemal sensacyjne. Przez ponad dekadę polityka Niemiec i UE wobec Moskwy opierała się na trzech prostych – i autodestrukcyjnie szalonych – założeniach: Po pierwsze, Rosja jest naszym wrogiem z założenia i „na zawsze” (patrz orzeźwiająco szczere wyznanie niemieckiego ministra spraw zagranicznych Johanna Wadephula). Po drugie, wykorzystując Ukrainę (i wielu Ukraińców), możemy pokonać tego wroga, łącząc wojnę gospodarczą i dyplomatyczną z bardzo krwawą wojną zastępczą na miejscu. Wreszcie, nie ma alternatywy: NIE WOLNO choćby myśleć o prawdziwych negocjacjach typu „coś za coś” i jakimkolwiek kompromisie, który byłby wystarczająco dobry również dla Moskwy.

Merz, co więcej, nie ma na swoim koncie żadnych wątpliwości co do tych idiotycznych dogmatów. Wręcz przeciwnie, był konsekwentnym superjastrzębiem, łącząc niezbędny, nieustanny rusofobiczny ton z długą serią radykalnych inicjatyw i stanowisk. Zaledwie kilka miesięcy temu, na przykład, Merz walczył zaciekle o konfiskatę rosyjskich aktywów państwowych zamrożonych w UE. Przegrał tę walkę z powodu oporu Belgii – która naraziłaby się na absurdalnie irracjonalne ryzyko, pozwalając na tę kradzież – oraz Francji i Włoch, których przywódcy w ostatniej chwili wystawili na próbę swojego nieszczęsnego niemieckiego „sojusznika”.

W podobnym połączeniu publicznej wrogości i ostatecznej bezskuteczności, Merz od dawna opowiadał się za dostarczeniem Ukrainie zaawansowanych niemieckich pocisków manewrujących Taurus – szczególnie nadających się do zniszczenia takich obiektów jak rosyjski most kerczeński – zanim porzucił ten okropny pomysł. Ostatecznie i mądrze, unikał jeszcze głębszego angażowania Niemiec w walkę zastępczą z Rosją, najprawdopodobniej pod wpływem bardzo stanowczych ostrzeżeń ze strony Moskwy.

Właśnie w tym miesiącu kanclerz Niemiec oświadczył, iż jest gotowy wysłać niemieckich żołnierzy, aby zapewnić „zawieszenie broni” na Ukrainie. Tak, to właśnie to zawieszenie broni, które Moskwa uznała za nieuczciwy półśrodek. Prawdą jest, iż Merz obwarował tę deklarację warunkami, które czynią ją nieistotną. Niemniej jednak nie przyczyniła się ona do deeskalacji w stosunkach z Rosją.

A jednak jesteśmy tutaj. Przemawiając nie w Berlinie, ale w prowincjonalnej metropolii Halle we wschodnich Niemczech, Merz wykorzystał okazję do dość prozaicznego spotkania pod auspicjami regionalnego zjazdu IHK (Industrie und Handelskammer), aby poruszyć temat relacji Niemiec z Rosją.

IHK to izba przemysłowo-handlowa, stowarzyszenie gospodarcze o pewnym znaczeniu. Nie jest to jednak parlament w Berlinie ani na przykład organizacja/think tank zajmujący się wojną informacyjną w polityce zagranicznej. Większość wypowiedzi Merza, co nie dziwi, dotyczyła niemieckiej gospodarki, która – jak sam przyznał – nie jest w dobrym stanie, ale – jak obiecał – niedługo się poprawi. Obiecał też walkę z biurokracją i jej ograniczenie, nie tylko w Niemczech, ale także w UE. Takie tam, nic specjalnego, polityczny bełkot.

Ale nagle, w środku absolutnie przewidywalnego i dość nudnego spotkania, kanclerz nagle wyciągnął rękę do Moskwy. Czy na pewno? Sam Merz wie, iż to, iż mówi o Rosji bez piany na ustach, jest niezwykłe: zadbał o to, by zapewnić słuchaczy, iż to nie położenie „na wschodzie” (czyli w dawnych Niemczech Wschodnich) sprawiło, iż zabrzmiało to w tak nowym tonie.

Słuchacze mogli być przekonani tym zbyt szybkim zaprzeczeniem, ale nie musieli. Halle to nie tylko duże miasto na wschodzie Niemiec, ale, mówiąc dokładniej, druga co do wielkości aglomeracja w kraju związkowym Saksonia-Anhalt. To właśnie tam, jak sugerują sondaże, nowoprawicowa partia Alternatywa dla Niemiec (AfD) może wygrać najważniejsze wybory we wrześniu, zwłaszcza wyprzedzając głównego nurtu konserwatystów (CDU) Merza. Podobny scenariusz jest możliwy w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, również na wschodzie Niemiec.

W obu miejscach choćby względna (a nie absolutna) większość AfD, co wydaje się w tym momencie pewne, naraziłaby tradycyjne partie, a zwłaszcza CDU, na jeden z ich najgorszych koszmarów: koniec tzw. „zapory”, czyli absurdalnej i niedemokratycznej polityki po prostu odcięcia AfD od budowy koalicji rządzących. Merz osobiście był żelaznym zwolennikiem „zapory”. Zburzenie jej, choćby na szczeblu regionalnym, będzie go kosztować karierę polityczną lub zmusi do brutalnego, upokarzającego zwrotu o 180 stopni.


Jednym z ważnych powodów, dla których wyborcy na wschodzie Niemiec są niezadowoleni z tradycyjnych partii, jest ich polityka nieustępliwej, autodestrukcyjnej konfrontacji z Rosją i równie nieustępliwego, wręcz masochistycznego poparcia dla reżimu Zełenskiego na Ukrainie. Właśnie teraz jeden z najwyższych sądów niemieckich w końcu, w gruncie rzeczy, uznał fakt, iż Ukraina była głęboko zaangażowana w najgorszy atak na kluczową infrastrukturę w powojennej historii Niemiec – zniszczenie większości gazociągów Nord Stream. Wielu Niemców ma już dość, nie tylko na wschodzie Niemiec, ale zwłaszcza na wschodzie.


Dlatego Merz wie, iż wszelkie pozorne ustępstwa wobec Moskwy spotkają się tam ze zdrowym sceptycyzmem. Ma również solidną i zasłużoną reputację człowieka, który łamie swoje obietnice. Jego słuchacze w Halle mogli zignorować nowe brzmienie Merza, uznając je za nic innego jak tanią manipulację przedwyborczą.

I być może to właśnie było prawdą. Istnieją jednak dobre powody, by zachować otwarty umysł. Po pierwsze, Merz nie był jedynym przywódcą UE, który ostatnio przyjął bardziej pojednawczą ton. Jak zauważył rząd rosyjski, podobne oświadczenia padły we Francji i Włoszech. Przywódcy obu krajów, Emmanuel Macron i Georgia Meloni, nie mniej śmiało niż Merz stwierdzili oczywistość, a mianowicie – podsumowując – iż choćby brak rozmów z Moskwą to głupia polityka.


Nietrudno zrozumieć, dlaczego politycy UE mogą być gotowi na ponowne podjęcie działań dyplomatycznych. Ich imperialny władca w Waszyngtonie jasno dał do zrozumienia, iż ​​wojna na Ukrainie będzie ich i tylko ich problemem, jednocześnie okazując brutalność wobec świata, w tym klientów/wasali w Europie, co jest niezwykle oczywiste choćby jak na standardy amerykańskie.


Po wojnach celnych, nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA, Wenezueli i groźbach wobec Danii w sprawie Grenlandii, czyżby w końcu niektórzy w Europie powoli zaczęli zdawać sobie sprawę, iż największym zagrożeniem dla żałosnych resztek ich suwerenności, ich gospodarek, a także tradycyjnych elit politycznych jest Waszyngton, a nie Moskwa? Byłoby bardzo pochopne takie założenie. Ale miejmy nadzieję.


Oświadczenia, poglądy i opinie wyrażone w tym felietonie są wyłącznie poglądami autora i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy RT.



Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/631052-russia-eu-leaders-compromise/

Read Entire Article