Zróbmy mały eksperyment myślowy. Proszę przez chwilę pomyśleć o stu najpopularniejszych nazwach ulic w Polsce. Będą tam wojskowi, poeci, święci, daty, kwiaty, drzewa. Nie będzie tam ani jednego przedsiębiorcy. Wśród stu najczęściej powtarzanych patronów ulic w polskich miastach nie ma nikogo, kogo dorobkiem życia było prowadzenie firmy. A skoro już o upamiętnianiu mowa: prawie jedna czwarta nazw honorowych dotyczy wojska (głównie przegrywamy), kolejna prawie jedna czwarta – literatury (tu więcej nobli niż w nauce). Gospodarka? Niecały jeden procent. Mamy więc ulicę Kwiatową, Jana Pawła II, Wojska Polskiego, Mickiewicza – i cisza tam, gdzie mogłaby być ulica Kogoś, Kto Dał Ludziom Pracę.
Nie żeby zupełnie nikogo z gospodarki nie było. Najczęściej upamiętnianym przedsiębiorcą – bo to w ogóle jest osobna kategoria, warta zauważenia – okazuje się Ignacy Łukasiewicz, i to w dalekiej odległości za poetami i działaczami politycznymi. Ale on bardziej jako wynalazca lampy i procesu oczyszczania ropy niż biznesmen. Obok niego można wskazać ludzi o wybitnej przedsiębiorczej cesze, choć nie wprost znanych jako przedsiębiorcy: Eugeniusza Kwiatkowskiego, Tadeusza Sendzimira, Ignacego Mościckiego. Z listy upamiętnianych organizacji nie ma ani jednej firmy – jest za to Centralny Okręg Przemysłowy, czyli państwowy projekt uprzemysłowienia, a nie prywatna inicjatywa. Są za to ulice-marki: Aleja Wedla, ulica LG Electronics, ulica Bankowców, ulica Spółdzielców – to znaczy, iż umiemy honorować markę albo branżę jako abstrakcję, zwłaszcza gdy chce wybudować budynek i drogi i wnosi w tym reklamowym celu podatki, ale wciąż z trudem honorujemy człowieka, który tę markę wymyślił i wziął na siebie ryzyko. I pozostało jeden mechanizm, który lubię jako ktoś zajmujący się językiem: kamuflaż. Część dawnych nazw ulic upamiętniających przemysłowców przetrwała pod przykrywką. Władzom pod zaborami czy pławiącym się jak pączki w maśle komunizmu nie zależało na popularyzowaniu tych, którzy albo mieli polskie korzenie, albo patronowali przemysłowi jako wybitne jednostki. Stąd na przykład dzisiejsza ulica 6 Sierpnia w Łodzi to dawna ulica Benedykta – na cześć współtwórcy przemysłowej Łodzi. Historia zdjęła nazwisko fabrykanta i wstawiła w to miejsce datę. To bardzo polski gest: zamienić osobę na wydarzenie, bo z osobą-przedsiębiorcą nie bardzo wiadomo, co zrobić i no, i dla PRL-u szpetny kapitalista.
Ale nie chodzi tu o ciekawostkę dotycząca nazw. To diagnoza. jeżeli w języku publicznym – a nazwa ulicy jest językiem publicznym w najczystszej postaci, bo to my decydujemy, kogo warto mieć na co dzień w ustach, na kopertach, na wizytówkach, w adresie zamieszkania – jeżeli w języku publicznym nie ma miejsca na przedsiębiorcę jako bohatera, to znaczy, iż nie mamy dla niego roli w tożsamościowej opowieści. A skoro nie mamy pozytywnej roli, to może tkwi on już na jakiejś zajmowanej pozycji.
Trójkąt, z którego nie da się wyjść
Żeby zrozumieć, jaka to pozycja, trzeba sięgnąć po narzędzie z teorii narracji, które nazywa się trójkątem dramatycznym – w literaturze psychologicznej znanym też jako trójkąt Karpmana, choć ja wolę myśleć o nim jak o najstarszym silniku fabularnym świata. Zasada jest banalna: każda opowieść o konflikcie da się sprowadzić do trzech ról. Jest oprawca – ten, kto działa, kto ma sprawczość, kto wywołuje krzywdę. Jest ofiara – ten, komu się dzieje, kto cierpi skutki cudzych decyzji. I jest wybawca – ten, kto interweniuje, ratuje, przywraca porządek. Bajka o Czerwonym Kapturku to ten trójkąt: wilk, babcia, myśliwy. Thriller sądowy to ten trójkąt: korporacja, poszkodowani pracownicy, prawnik z pro bono. choćby polityka to narracje zwykle oparte o ten trójkąt, tylko role się zamieniają w zależności od tego, kto opowiada.
Sztuka czytania dzięki narzędzia polega na tym, iż role są sztywne, ale obsada jest płynna – i to właśnie w tej płynności obsady dzieje się cała robota kulturowa. Ten sam bohater może grać oprawcę w jednej opowieści i wybawcę w innej, w zależności od tego, kto trzyma mikrofon. Otóż w polskiej internetowej opowieści kulturowej o biznesie przedsiębiorca z uporczywą regularnością trafia w róg oprawcy. To on dociska zwykłego człowieka – pracownika, klienta, czasem całe państwo, które próbuje go opodatkować i skontrolować, a on się wymyka. Kombinuje, wyzyskuje, oszukuje. Rolę ofiary gra reszta społeczeństwa: konsument oszukany na gwarancji, pracownik na śmieciówce, sąsiad, któremu firma zabrała widok z okna. Analiza memów internetowych o przedsiębiorcach, jaką robiłem, pokazuje to z chirurgiczną precyzją – większość typów memów przedstawia przedsiębiorców jako ludzi, którzy odnoszą sukces kosztem innych: „pomysłowość, ale kosztem ludzi”, „kombinowanie”, „wyzysk”, „oszukiwanie” – to najliczniejsze kategorie. Jest też odwrotność, przedsiębiorca jako ofiara państwa, które utrudnia mu życie – ale to wciąż ten sam trójkąt, tylko z inaczej rozdanymi kartami, bo przedsiębiorca przechodzi wtedy z roli oprawcy w rolę ofiary, nigdy w rolę wybawcy.
A wybawcy? Wybawcy w tej opowieści systematycznie brakuje. Czasem państwo, żeby usprawiedliwić obniżenie podatków jakiejś inwestującej firmie, mówi o tym, iż daje miejsca pracy. Ale nie mamy w popkulturze figury przedsiębiorcy, który przynosi korzyść nie kosztem wspólnoty, tylko razem z nią – na zasadzie win-win, a nie zerojedynkowej gry o sumie stałej, w której to, co zyskuje jedna strona, musi ubyć drugiej. Ta pusta trzecia strona trójkąta to, jak myślę, najciekawsze odkrycie z tego zestawienia: nie chodzi o to, iż nie lubimy przedsiębiorców. Chodzi o to, iż nasza kultura nie ma dla nich scenariusza innego niż „oprawca” (lub ofiara państwa) – a skoro nie ma scenariusza, to nie ma też ulicy, bo ulicy nie nazywa się imieniem oprawcy, choćby najbardziej utalentowanego.
Ten brak trzeciego wierzchołka widać też tam, gdzie się go najbardziej spodziewamy – w opowieściach firmowych o nich samych. Historia jednej z najstarszych polskich marek pokazuje dokładnie ten deficyt: właściciel wdraża nowe porządki, zatrudnia kobiety, co prowadzi do wielokrotnego wzrostu zatrudnienia, pracownicy zyskują opiekę dentystyczną, żłobek, przedszkole, możliwość wyjazdu do zakładowego wczasowiska. To gotowy materiał na wybawcę – a mimo to takie historie funkcjonują w komunikacji marki jako ciekawostka z rubryki „o firmie”, nie jako centralny mit założycielski, którym mogłyby być. Mamy więc surowiec na trzeci wierzchołek trójkąta, ale nie mamy nawyku, żeby go z tego surowca budować. Powstał 6-odcinkowy serial o Wedlu, ale na życzenie firmy. Wciąż główny przedsiębiorca to pan Borowiecki w krytycznej powieści Reymonta.
Kombinator kontra self-made man
Wystarczy zestawić to z Amerykanami, żeby zobaczyć, jak bardzo to kwestia opowieści, a nie faktów. Tam obie te opowieści – „przedsiębiorca-oprawca” i „przedsiębiorca-wybawca” – też istnieją, ale proporcje są odwrócone. Amerykański przedsiębiorca to przede wszystkim self-made man – wyrażenie, które samo w sobie jest małym pomnikiem: człowiek, który zrobił się sam, bez niczyjej pomocy, więc nikomu nic nie jest winien, tylko wszystkim coś daje. Schemat rags to riches – od pucybuta do milionera – to nie opis biografii, to gatunek literacki, konsekwentnie karmiony od Franklina po współczesnych miliarderów mediów technologicznych. Amerykanie mają kult przedsiębiorczości, na czele z nonszalanckim pomarańczowym prezydentem, wspieranym przez media i celebrytów biznesu, a sama przedsiębiorczość cieszy się wysokim prestiżem zawodowym jako atrakcyjna ścieżka kariery. Przedsiębiorca jest tam z automatu kandydatem na wybawcę – innowatora, lidera zmiany społecznej – i dopiero trzeba się nagrzeszyć publicznie, żeby spaść do roli oprawcy.
U nas za to mamy kombinatora, cwaniaka, badylarza, prywaciarza, poplecznika – słownictwo, które już w rdzeniu rodem z PRL niesie podejrzenie, zanim jeszcze poznamy fakty. choćby komplement bywa zatruty: „Polak potrafi” znaczy najczęściej tyle, iż potrafi obejść przepis, wykroić dla siebie kawałek tam, gdzie inni nie zauważyli szczeliny – a nie, iż potrafi zbudować firmę zatrudniającą tysiąc osób. Kombinowanie to nasza narodowa forma przedsiębiorczości, tyle iż kombinowanie z definicji zakłada, iż ktoś na tym traci, bo kombinuje się zawsze wobec kogoś albo czegoś – urzędu, konkurenta, systemu. Nie kombinuje się „dla” wspólnego dobra, kombinuje się „obok” niego. I stąd biorą się liczby, które mam z raportu ING na temat przedsiębiorczości: prawie 38 procent badanych kojarzy polskich przedsiębiorców z kombinatorstwem, prawie 35 procent z pracowitością, a niecałe 32 procent z wyzyskiem – to jest rozkład podejrzliwości, w którym choćby najbardziej neutralna kategoria, pracowitość, ledwie przekracza podejrzenie o oszustwo. Tylko 16 procent respondentów w ogóle przypisuje przedsiębiorcom zasługę za sukces gospodarczy kraju (papież pewnie miał tu swoje metafizyczne zasługi), co przy niemal 80 procentach uznających w ogóle jakiś ich wkład w życie społeczne pokazuje rozjazd między „przyznaję, iż coś zrobili” a „przyznaję im za to uznanie”.
Pokolenia zmieniają obsadę
I tu następuje zwrot akcji – coś tu się przesuwa, przemeblowuje, jeżeli spojrzeć na to, jak zmieniało się słownictwo pokoleniowe wokół samego pojęcia przedsiębiorczości. Dla boomera bycie przedsiębiorczym to było umieć kombinować, być cwaniakiem – to pokolenie ukształtowane przez PRL, gdzie legalna przedsiębiorczość była podejrzana z powodu garba zmiany ustrojowej, więc słownictwo do dziś nosi ten cień. Dla pokolenia X, które budowało firmy w chaosie wczesnych lat dziewięćdziesiątych, przedsiębiorczość to już ciężka praca i wytrwałość – słownictwo się oczyszcza, choć wciąż jest w nim coś z heroizmu przetrwania, a nie z euforii tworzenia. Dla millenialsów przedsiębiorczość to umiejętność odnalezienia się w nowej rzeczywistości, zobaczenia swojej szansy w zmianach – język zaczyna mówić o okazji, nie o walce. A dla pokolenia Z przedsiębiorczość to po prostu posiadanie inicjatywy i kreatywność – słowo całkowicie oczyszczone z podejrzliwości, niemal synonim samorealizacji, ale bardziej o firmie niż o samym działaniu – to pokolenie miało w szkole taki przedmiot.
Podejrzliwość systematycznie ustępuje miejsca podziwowi, i widać go też w tym, jak nazywaliśmy samą figurę przedsiębiorcy dekada po dekadzie w polskim rapie: w latach osiemdziesiątych to badylarz i kombinator, w dziewięćdziesiątych podejrzany biznesmen, wyzyskiwacz, „przedsiębiorca z firmexu”, w latach dwutysięcznych – krewny i znajomy królika, czyli ktoś, kto ma dojścia, a nie pomysł, w dekadzie później – aferzysta, spadkobierca fortuny, inwestor, aż wreszcie w latach dwudziestych – startupowiec oraz w najświeższej wersji tego słownika, po prostu przedsiębiorczyni, bo i rodzaj gramatyczny tej opowieści się zmienia. Soczewka społeczna, przez którą oglądaliśmy przedsiębiorczość, przez dekady była skupiona na kapitalizmie z pazurami – tym z fabryki, hali, negocjacji o stawce godzinowej, na tej właśnie relacji, w której zysk jednej strony wydawał się bezpośrednio okupiony stratą drugiej. Dziś ta sama soczewka coraz częściej łapie w kadrze coś rzadszego w rzeczywistości, ale bardziej ikonicznego w kulturze: pracę w startupie, czyli przedsiębiorczość jako pomysł, ryzyko i budowanie czegoś z niczego, a nie jako stosunek pracodawcy w cudzej działalności. To wciąż margines statystyczny – większość Polaków zakłada firmy z konieczności, bo brakuje etatów, a nie z powołania do zmieniania świata, jak deklaruje raptem co piąty z zakładających działalność. Ale to margines, który dyktuje dziś ton kulturowy znacznie mocniej, niż wynikałoby z jego liczebności.
Brakujące słowo na wybawcę
To dobra wiadomość dla języka, bo język niechętnie, ale wylizuje próżnię – a ta trzecia rola w trójkącie, rola wybawcy, wciąż czeka na słowo, które by ją nazwało równie chwytliwie jak „kombinator” nazywa oprawcę. Skoro mamy już kombinatora i wyzyskiwacza, potrzebujemy czegoś dla przedsiębiorcy, który daje więcej, niż bierze, i to bez patosu, bo patos w tym miejscu zawsze brzmi fałszywie – nikt nie chce być „dobroczyńcą”, to słowo pachnie jałmużną, a nie biznesem. Zaryzykowałbym więc parę propozycji, żeby wywabić tę próżnię z miejsca, nie z ambicją, iż przyjmą się, ale żeby pokazać, w którą stronę mogłaby pójść ta robota nazewnicza.
Można by mówić o kimś, kto prowadzi biznes na pełny etat dla wspólnoty – czyli tak, iż zysk firmy i pożytek otoczenia idą jednym torem, a nie równoległymi, które nigdy się nie przecinają. Tak działają niektóre B-corpy. Można by ukuć zwrot procent oddania z zysku – na określenie zaangażowania społecznego, które nie jest odkupieniem grzechów kapitalizmu ani spłatą moralnego długu, tylko naturalnym przedłużeniem modelu biznesowego, czymś, co firma robi, bo tak zaprojektowała swój sukces, a nie żeby ukryć, jak go osiągnęła. Tak działają spółdzielcy i kooperatywy. Przydałoby się też słowo na firmę, która rośnie razem z sąsiedztwem, w opozycji do firmy, która rośnie kosztem sąsiedztwa – coś w rodzaju wzrostu sąsiedzkiego jako pojęcia ekonomicznego, nie tylko urbanistycznego. I chyba najbardziej podobałoby mi się współzarabianie na tym, co się razem buduje – i chyba trochę na tym polegają spółki miejskie, niedoceniana gałąź przedsiębiorczości ze względu na obsadzanie stanowisk politykami.
Bo dopóki nie będziemy mieli słów na dobrego przedsiębiorcę (który stawia czoła, czyli przed-się-bierze, nie będziemy mieli też ulic z jego nazwiskiem. Nazwa ulicy to zawsze spóźniony efekt, nigdy przyczyna – najpierw ktoś musi opowiedzieć historię, w której przedsiębiorca ratuje, a nie dociska, a dopiero potem urzędnicy z komisji nazewnictwa mają w ogóle z czego wybierać. Najpierw trzeba zobaczyć bohatera, a fanfary z nazwą przyjdą.














