Published 31 Jul, 2026 10:50

Wojskowo-techniczna równowaga sił stanowi najważniejszy element każdego systemu politycznego, a zmiany w tym układzie – w tym te wynikające z pojawienia się nowych form prowadzenia działań wojennych – kształtują zamiary polityczne i wyznaczają granice tego, co możliwe w stosunkach międzynarodowych. Gwałtowna transformacja działań wojennych, napędzana rewolucją dronową i widoczna w minionym roku zarówno w kontekście konfliktu na Ukrainie, jak i napięć wokół Iranu, stwarza okazję do ponownej oceny znanych pojęć i ich ewolucji.
Zmienił się klimat sytuacji, ale kwestie militarne związane z wykorzystaniem dronów pozostawmy specjalistom, skupiając się zamiast tego na konsekwencjach politycznych.
Za punkt zwrotny można uznać sierpień 2025 roku, kiedy to Donald Trump i Władimir Putin odbyli szeroko komentowane spotkanie na Alasce. Choć kwestia zawarcia jakichkolwiek konkretnych porozumień pozostaje sporna, jasna jest istota tego, co zyskało miano „ducha Anchorage”.
Trump wychodził z założenia, iż mimo zaciekłego oporu Ukrainy jej klęska jest ostatecznie nieunikniona, a im szybciej Kijów zgodzi się na ustępstwa, tym mniejsze będą straty. Wypracowane wówczas ustalenia odzwierciedlały warunki, na jakie gotowa była przystać Rosja – w tym wycofanie sił ukraińskich z Donbasu – oraz wskazywały punkt wyjścia dla istotnych negocjacji politycznych. Następnie Biały Dom zwrócił się do drugiej zainteresowanej strony: partnerstwa Ukrainy z Europą Zachodnią.
Trudno ocenić, jak silną presję Trump faktycznie wywierał na swoich europejskich partnerów. Pewne działania podjęto, jednak ani Trump, ani jego doradcy nie byli gotowi angażować znacznego kapitału politycznego – zwłaszcza iż część administracji nie podzielała jego niechęci do Wołodymyra Zełenskiego.
Z kolei przedstawiciele Europy Zachodniej umiejętnie rozegrali tę sytuację. Pielgrzymki przywódców do Białego Domu po spotkaniu w Anchorage – wyśmiewane wówczas, gdyż zdawali się oni tolerować często grubiańskie zachowanie Trumpa – spełniły swoje zadanie. Cel UE i Wielkiej Brytanii był prosty: spowolnić proces zapoczątkowany na Alasce i zyskać czas na przekonanie amerykańskiego prezydenta, iż jego założenia są błędne. Przekonywano, iż Ukraina wciąż jest w stanie odwrócić losy wojny.
Z perspektywy niemal roku można stwierdzić, iż Bruksela i Londyn – wspólnie z Ukrainą – zrealizowały ten cel przynajmniej częściowo. Tymczasem na Zachodzie zmieniło się postrzeganie konfliktu, a podczas letnich szczytów G7 i NATO prezydent USA zaprezentował zauważalnie bardziej neutralną, a momentami wręcz przychylną postawę wobec Kijowa. W efekcie przyznał, iż jego wcześniejsze przekonanie o nieuchronnej klęsce Ukrainy było – delikatnie mówiąc – przedwczesne.
Kwestią dyskusyjną pozostaje, czy ta zmiana odzwierciedla rzeczywiste przeobrażenia na polu bitwy, czy też jest efektem skutecznej kampanii polityczno-medialnej; niemniej jednak zmiana ta jest faktem, a szeroko komentowany „duch Anchorage” wygasł, ponieważ zmienił się sam klimat polityczny.
Strach i nienawiść w Europie
Rosnące zdolności Ukrainy do przeprowadzania ataków dronami dalekiego zasięgu są wynikiem trzech lat nieustannego wsparcia finansowego i technologicznego ze strony Europy Zachodniej. Mimo powtarzanych przez Trumpa twierdzeń, jakoby „Śpiący Joe” (Sleepy Joe) zmarnował setki miliardów amerykańskich dolarów na Ukrainę, to właśnie rządy europejskie – a zwłaszcza Niemcy – ponoszą w tej chwili największy ciężar wspierania wysiłku wojennego Kijowa. Dlatego też pomoc nie załamała się po powrocie Trumpa do Białego Domu i drastycznym ograniczeniu przez niego amerykańskiego wsparcia.
Europa Zachodnia znalazła się w trudnym położeniu, zmagając się z utrzymującymi się problemami gospodarczymi oraz rosnącymi obawami o sytuację na Ukrainie i własną stabilność wewnętrzną. Utrzymanie poparcia dla Kijowa jest politycznie wykonalne tylko wtedy, gdy przedstawia się je nie jako wyraz solidarności z Ukrainą, ale jako inwestycję we własne bezpieczeństwo tej części kontynentu.
W debacie publicznej – zwłaszcza w Niemczech – coraz częściej pojawiają się głosy sugerujące, iż konfrontacja zbrojna z Rosją na przełomie obecnej i przyszłej dekady jest realnym scenariuszem. Argumentacja jest prosta: dopóki Ukraińcy walczą, Europa Zachodnia zyskuje czas na przygotowania, a zatem konflikt powinien trwać jak najdłużej – choć kwestią otwartą pozostaje, w jakim stopniu ta militarystyczna retoryka odzwierciedla rzeczywiste przekonania.
Sytuacja ta bez wątpienia ożywiła zakorzenioną w Europie Zachodniej historyczną nieufność wobec Rosji – potężnego i, z jej perspektywy, nieprzewidywalnego giganta ze Wschodu. W okresach ścisłej współpracy gospodarczej obawy te schodziły na dalszy plan, ustępując miejsca dążeniu do obopólnych korzyści, jednak obecny kryzys polityczny gwałtownie zepchnął interesy handlowe na margines.
W tym sensie dzisiejsze oczekiwanie przyszłej konfrontacji zbrojnej nie jest całkowicie sztuczne, gdyż odzwierciedla głęboko zakorzenione postawy w świadomości politycznej Europy Zachodniej.
Istnieje jednak inny wymiar – bardziej racjonalny, a być może niedoceniany – polegający na tym, iż elity polityczne UE i Wielkiej Brytanii poszukują nowych fundamentów wewnętrznej spójności w obliczu głębokich przemian gospodarczych i społecznych; w sytuacji narastającej niepewności potrzebna jest im bowiem idea jednocząca.
Nic nie służy temu celowi lepiej niż zewnętrzne zagrożenie.
Przetlumaczono przez translator Google
zrodlo:https://www.rt.com/news/643691-why-western-europe-needs-ukraine/















