Z cyklu „Sprawdzam. Kartka z kalendarza”. Otwieramy archiwum „Naszej Polski” i wracamy do felietonu Jerzego Biernackiego z kwietnia 2014 roku — sprawdzamy, co przyniósł czas.
O czym jest ten tekst: Jerzy Biernacki dopytywał o niepokojącą wówczas pogłoskę — iż serwery Państwowej Komisji Wyborczej stoją w Rosji — i o przejrzystość całego systemu liczenia głosów. Stawką była odporność polskich wyborów na ingerencję Rosji. Po latach zestawiamy te obawy z faktami — a fakty okazały się twardsze niż pogłoska.
Trzy wątki autora warto dziś sprawdzić:
- „Serwery w Rosji” i szkolenia PKW w Moskwie. Sprawdzenie: samej tezy o serwerach w Rosji nigdy oficjalnie nie potwierdzono — traktujemy ją jako niepotwierdzone ostrzeżenie epoki. Obroniła się natomiast szersza obawa autora o przejrzystość i niezawodność systemu.
- Integralność systemu wyborczego. Sprawdzenie: w listopadzie 2014 r. — kilka miesięcy po tym felietonie — informatyczny system PKW spektakularnie padł podczas wyborów samorządowych (nie liczył głosów i nie drukował protokołów; „kalkulator wyborczy” wskazał choćby osobę spoza list). Skończyło się dymisją całego składu PKW.
- Rosja w tle polskich wyborów. Sprawdzenie: to już nie pogłoska. Każda kolejna kampania, aż po prezydencką z 2025 r., toczy się pod naporem rosyjskich operacji dezinformacyjnych i cyberataków.
Tekst pierwotnie ukazał się w „Naszej Polsce”.
Poniżej oryginalny felieton Jerzego Biernackiego — tekst archiwalny.
Czy nasze serwery wyborcze są przez cały czas w Rosji?
Jerzy Biernacki
Swego czasu media poinformowały — dosyć już dawno — iż serwery służące Państwowej Komisji Wyborczej znajdują się w Rosji. Zgodnie z rządową polityką łagodzenia reakcji (lub raczej — co dominowało — w ogóle nie reagowania) na różnego rodzaju agresywne zaczepki rosyjskich mediów i polityków, skierowane przeciwko Polsce — mainstream przeszedł nad tą informacją do porządku dziennego. Ale również — czujne zwykle — środowiska tzw. dziennikarzy niepokornych i ich media adekwatnie nie podejmowały tego tematu. W ogóle zadziwiająca cisza zapadła nad tą sprawą, która samodzielnie myślących Polaków powinna była zbulwersować co się zowie.
Potem poinformowano nas, iż członkowie Państwowej Komisji Wyborczej dwukrotnie wyjeżdżali do Moskwy na jakieś szkolenia. Po ich powrocie niczego się o tym nie dowiedzieliśmy. Jakie to były szkolenia, kto kogo szkolił i w jakim zakresie, o co w ogóle chodziło? Komisja Wyborcza nie jest jakąś władzą czy „nadwładzą”, która może robić, co chce, i w ogóle się z tego nie tłumaczyć przed wyborcami. Ci panowie pełnią po prostu pewną służbę, zapewniającą — najkrócej mówiąc — funkcjonowanie demokracji w państwie. Wyborcy, czyli obywatele tego państwa mają prawo do informacji o przebiegu i celu takiego wyjazdu.
Wreszcie przedtem lub potem — tego dokładnie nie pamiętam — prezydent Komorowski uhonorował pracowników Państwowej Komisji Wyborczej wysokimi odznaczeniami. Odznaczanie członków tego rodzaju ciała państwowego nie jest niczym zdrożnym, ale chyba nie jest ono rzeczą adekwatną w czasie trwania jego kadencji. Wyglądało to trochę tak, jak gdyby prezydent chciał podziękować w ten sposób wysokiej komisji za wynik wyborów prezydenckich, przezeń wygranych, i parlamentarnych; jak wiadomo przed objęciem prezydentury Komorowski był prominentnym członkiem PO, która te wybory w 2011 roku też wygrała.
Moja ograniczona wiedza i wyobraźnia informatyczna nie pozwalają mi orzec, w jakim stopniu, posiadając i dysponując serwerami tego rodzaju, można wpływać na wyniki wyborów w ościennym kraju. Sądząc z tego, co wyczyniała w tej dziedzinie Lisbeth Salander, bohaterka cyklu powieściowego Millennium Stiega Larssona, daje to prawdopodobnie nieograniczone w tej mierze możliwości. A jak wiemy, chociażby z gry politycznej Putina i jego ludzi przed tragedią smoleńską, wykorzystujących wewnętrzne spory polskie między rządem a prezydentem Lechem Kaczyńskim, władcom z Kremla zależało najwyraźniej na tym, by w wyborach zwyciężyła opcja dla Rosji wygodniejsza, czyli PO, partia tzw. „pojednania polsko-rosyjskiego”, partia „białej flagi” wobec różnych rosyjskich działań podjazdowych, wobec agresywnej publicystyki (np. powracającej do tezy o Katyniu jako zbrodni niemieckiej) i roszczeń (m.in. oskarżenia o rzekome zbrodnie na jeńcach rosyjskich 1920 r.).
PO, która, wraz z „zaprzyjaźnionymi” z rządem mediami, nie reagowała choćby na wypowiedzi Aleksandra Dugina, zwanego złym duchem Putina, jednego z najbliższych jego współpracowników, dowodzących, iż Polska w ogóle nie powinna istnieć, iż jej istnienie niejako uniemożliwia adekwatne, to znaczy na modłę moskiewską, urządzenie Europy. Dugin zresztą chętnie unicestwiłby jeszcze kilka innych państw Środkowo-Wschodniej Europy, z Ukrainą na czele, która powinna być, jego zdaniem, po prostu wcielona do Rosji. Jak widzimy w tej chwili Władymir Władymirowicz powoli, ale konsekwentnie wprowadza w życie idee swego mentora, skądinąd zresztą profesora uniwersyteckiego i autora wielu książek.
A zatem gdzie są i gdzie będą nasze serwery podczas najbliższych i potem kolejnych wyborów, aż po parlamentarne i prezydenckie? Senator Bogdan Pęk powiedział ostatnio, iż teraz będą w…Danii, no i iż Prawo i Sprawiedliwość tym razem dopilnuje, by wszystkie wybory przebiegły bez jakichkolwiek przekrętów. Czy to znaczy, iż owe serwery nie są już w Rosji? Jakoś nas nie poinformowano o triumfalnym sprowadzeniu ich do Polski. Albo, jeżeli tam zostały, o ich wyłączeniu z sieci PKW. A swoją drogą, czy nie mogłyby być po prostu w Polsce? Chyba iż decyduje obawa, iż znów trzeba by aresztować kilkudziesięciu (prawie wyłącznie pomniejszych!) przestępców, spośród urzędników odpowiedzialnych za informatyzację PKW.
(kwiecień 2014 r.)
Od redakcji, 2026
Z dzisiejszej perspektywy felieton trafił w sedno — choć niekoniecznie tam, gdzie celował autor. Tezy o „serwerach w Rosji” nigdy nie potwierdzono i trzeba ją traktować jako niezweryfikowaną pogłoskę tamtych lat. Ale niepokój o kruchość i nieprzejrzystość systemu wyborczego okazał się aż nadto trafny: już w listopadzie 2014 roku, kilka miesięcy po tym tekście, informatyczny system PKW załamał się w trakcie wyborów samorządowych — nie liczył głosów, nie drukował protokołów, a internetowy „kalkulator” obnażył chaos do tego stopnia, iż w jednym z miast wskazał kandydata, którego w ogóle nie było na listach. Skończyło się dymisją całej Komisji.
Najmocniej sprawdził się jednak sam instynkt autora: iż o polskie wybory toczy się cicha gra, a w jej tle stoi Rosja. To, co dekadę temu brzmiało jak fantazja „niepokornych”, dziś jest ponurą rutyną. Każda kolejna kampania — aż po prezydencką z 2025 roku — odbywa się pod ostrzałem rosyjskich operacji dezinformacyjnych: podrabiania stron znanych redakcji, zalewania sieci treściami pisanymi pod Kreml, wojny prowadzonej dziesiątkami tysięcy fałszywych kont, a do tego cyberataków wymierzonych wprost w systemy partii i instytucji państwa. Szczególnie perfidny jest jeden wątek: rosyjska siatka trolli celowo podsyca w Polakach niechęć do Ukraińców — gra na zmęczeniu wojną, na sporach o zboże, o pomoc uchodźcom, o trudną wspólną historię — bo skłócenie Warszawy z Kijowem to dla Moskwy czysty zysk. „Gdzie są nasze serwery?” zamieniło się w pytanie znacznie groźniejsze: kto i czym próbuje sterować polskim myśleniem przy urnie.
A to dopiero przedsmak. Następne wybory odbędą się już w pełni w epoce sztucznej inteligencji — i będą wyglądać inaczej niż wszystko, co znamy. Deepfake’owe nagrania, w których polityk „mówi” to, czego nigdy nie powiedział; generowane masowo, nieodróżnialne od ludzkich komentarze; spreparowane „przecieki” podrzucane na dobę przed ciszą wyborczą — to, iż Rosja sięgnie po te narzędzia, nie jest już pytaniem „czy”, ale „jak mocno”. Felieton z 2014 roku pytał o serwery; dziś musimy pytać o algorytmy.
I jeszcze jedno, co rozwiewa złudzenia co do tego, jak daleko Kreml jest gotów się posunąć. W czerwcu 2026 roku w małym polskim mieście zastrzelono Siemiona Skrepieckiego — rosyjskiego satyryka i karykaturzystę, który z emigracji wyśmiewał Putina i Kadyrowa, zaledwie kilka dni po jego antyputinowskim proteście w Berlinie. Wszystko wskazuje na polityczną egzekucję krytyka Kremla w biały dzień, na terytorium Polski, państwa NATO. Skoro Rosja nie boi się czegoś takiego, naiwnością jest sądzić, iż zawaha się przed czymś tak „czystym” i bezkarnym jak zdalne mieszanie w naszych wyborach. Bezpieczeństwo głosowania okazało się dokładnie tym, czym Biernacki przeczuwał, iż się stanie: osobnym frontem wojny, która nie ma linii okopów — i nie cofa się przed niczym.
Źródła: awaria systemu informatycznego PKW podczas wyborów samorządowych w listopadzie 2014 r. („kalkulator wyborczy”, dymisja składu PKW); brak oficjalnego potwierdzenia tezy o serwerach PKW w Rosji; rosyjskie operacje dezinformacyjne i cyberataki towarzyszące polskim wyborom, w tym kampanii prezydenckiej 2025 r., oraz podsycanie nastrojów antyukraińskich; rosnące zagrożenie deepfake’ami i dezinformacją generowaną przez sztuczną inteligencję; zabójstwo rosyjskiego satyryka i karykaturzysty Siemiona Skrepieckiego w Polsce w czerwcu 2026 r., opisywane jako polityczna egzekucja krytyka Kremla; poglądy Aleksandra Dugina dotyczące Polski i Ukrainy; pełnoskalowa napaść Rosji na Ukrainę (2022).
Czytaj dalej z archiwum „Naszej Polski”
- Aneksja Krymu (Jerzy Biernacki, 2014) — felieton, który przewidział napaść na Ukrainę
- Czy jesteśmy kondominium niemiecko-rosyjskim? (Jerzy Biernacki, 2013) — Nord Stream i rosyjskie wpływy
- Pakt migracyjny i uchodźcy (Jerzy Biernacki, 2015) — „stanowczo nie”, które obroniła dekada









