Część umowy Mercosur wchodzi 1 maja. To koniec polskiego eksportu wołowiny?

magnapolonia.org 3 hours ago

1 maja br. zaczyna obowiązywać umowa handlowa między Unią Europejską a krajami Mercosur. W oficjalnej wersji to wielki sukces, historyczne otwarcie rynków i kolejny triumf europejskiej dyplomacji. W mniej oficjalnej – szczególnie z perspektywy rolników – wygląda to raczej jak zaproszenie do nierównej konkurencji z producentami z Ameryki Południowej. Nierównej, gdyż oni nie muszą spełniać wyśrubowanych, unijnych norm.

Część umowy Mercosur wchodzi 1 maja. W przestrzeni publicznej pojawiają się informacje o „wyzerowaniu ceł na wołowinę” z państw Mercosur, co nie jest do końca prawdą. W rzeczywistości – zamiast pełnego zniesienia ceł mamy kontyngenty taryfowe, czyli określone ilości mięsa, które mogą trafiać do Unii na preferencyjnych warunkach. Problem polega na tym, iż dla rynku nie ma większego znaczenia, czy tania wołowina wjeżdża całkowicie bez cła, czy tylko „w ograniczonej ilości”. choćby stosunkowo niewielki napływ tańszego produktu potrafi skutecznie obniżyć ceny i uderzyć w rentowność lokalnej produkcji.

Polska ma w ten dziedzinie wyjątkowo sporo do stracenia. Nasza wołowina w dużej mierze trafia na rynki unijne, zwłaszcza do Niemiec i Włoch. Wystarczy więc, iż importerzy w tych krajach dostaną alternatywę w postaci tańszego mięsa z Mercosur, by cała misternie budowana latami przewaga konkurencyjna polskich producentów zaczęła się kruszyć. Trudno oczekiwać, iż ktoś kierujący się rachunkiem ekonomicznym wybierze droższy produkt tylko dlatego, iż powstał zgodnie z bardziej rygorystycznymi normami i to nie u własnych, niemieckich i włoskich producentów, ale w Polsce.

I tu pojawia się jeden z większych paradoksów całej sytuacji. Unia Europejska od lat narzuca swoim rolnikom coraz bardziej restrykcyjne regulacje dotyczące dobrostanu zwierząt, stosowania środków produkcji czy standardów środowiskowych. Jednocześnie otwiera rynek dla produktów z regionów, gdzie koszty wytwarzania są niższe, a normy czysto teoretyczne. Formalnie wszystko się zgadza, bo importowana żywność ma spełniać określone wymogi. W praktyce jednak skala kontroli i różnice systemowe budzą uzasadnione wątpliwości.

Wcześniej wielokrotnie pojawiały się sygnały o problemach z jakością czy stosowaniem przez rolników z państw Mercosur niedozwolonych substancji, co tylko podsyca niepokój producentów i konsumentów. Oczywiście Komisja Europejska uspokaja, iż istnieją mechanizmy ochronne, które można uruchomić w razie destabilizacji rynku. Brzmi to dobrze, dopóki nie zderzy się z rzeczywistością, w której reakcje instytucji bywają spóźnione, a decyzje polityczne rozciągnięte w czasie. Innymi słowy, gdy ceny już spadną, a gospodarstwa zaczną notować straty, ktoś w Brukseli być może zacznie analizować sytuację.

Być może, bo przecież pamiętamy co się działo w przypadku masowego napływu taniej, skażonej żywności z Ukrainy. UE nic z tym nie robiła, a wręcz przeciwnie – straszyła karami kraje, które na własną rękę próbowały wprowadzać limity przywozowe.

Umowa Mercosur ma swoich wyraźnych beneficjentów. Niemiecki, francuski i włoski przemysł motoryzacyjny zyskują ułatwiony dostęp do ogromnego rynku i nowych możliwości eksportowych, co jest przedstawiane jako najważniejszy argument za jej zawarciem. Problem w tym, iż koszt tego sukcesu może zostać przerzucony na sektor rolny, szczególnie w krajach takich jak Polska, gdzie produkcja żywności jest istotną częścią gospodarki. To klasyczny przykład polityczno-gospodarczego kompromisu, w którym jedni wygrywają, a inni muszą tracić i dostosować się do nowych, gorszych realiów.

Największa ironia polega na tym, iż wszystko to odbywa się pod hasłami ochrony standardów żywności i wspierania europejskiego rynku rolnego. Rynek ten prawdopodobnie prędzej czy później się dostosuje, tyle iż dostosowanie w tym przypadku może oznaczać jedno: część polskich producentów po prostu z niego zniknie.

Polecamy również: Z frontu na sprzedaż: kulisy „pomocy” Ukrainie

Read Entire Article