Dron kupiony w sklepie może kosztować ułamek ceny wojskowego systemu bezzałogowego. Może mieć znakomitą kamerę, imponujący zasięg i być gotowy do lotu w kilka minut. Na współczesnym polu walki to jednak wciąż za mało. Jak przekonuje płk dr Michał Kalisiak z ASzWoj-u, próba prostego przeniesienia cywilnej technologii na front może być nie tylko nieskuteczna, ale wręcz niebezpieczna.
Technologie dual-use (podwójnego zastosowania) są dziś jednym z istotnych źródeł innowacji dla wojska, pozwalając szybciej wdrażać rozwiązania odpowiadające na zmieniające się wymagania pola walki. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie dronów. Komercyjny bezzałogowy statek powietrzny stał się podstawowym narzędziem walki na najniższych szczeblach – do obserwacji, rozpoznania czy wsparcia działań pododdziałów. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś zakłada, iż skoro urządzenie działa w warunkach cywilnych, wystarczy wydać je żołnierzowi i wysłać razem z nim na pole walki.
Płk dr Michał Kalisiak z Akademii Sztuki Wojennej poruszył to zagadnienie na konferencji poświęconej rozwiązaniom dual-use, zorganizowanej na tegorocznym Międzynarodowym Salonie Przemysłu Obronnego w Kielcach. Referując temat „Wymogi pola walki a technologie dual-use. Taktyczne uwarunkowania wdrażania technologii cywilnych w wojskach aeromobilnych", płk Kalisiak zwrócił uwagę, iż pole walki nie przypomina sklepu z elektroniką ani laboratorium producenta.
Nie ma tam stałego dostępu do sieci energetycznej, pewnego połączenia z internetem czy komfortowej temperatury. Są za to błoto, noc, deszcz, zmęczenie, zakłócenia i przeciwnik, który aktywnie próbuje wykryć i zneutralizować każdy emitujący sygnał system. W działaniach aeromobilnych sprzęt musi działać właśnie w takich warunkach – bez infrastruktury i często z możliwością szybkiej naprawy w terenie. Samo przemalowanie cywilnego urządzenia na kolor maskujący nie wystarczy.
Bezzałogowiec na polu walki
Jednym z podstawowych problemów jest energia. Wojskowy dron nie istnieje w oderwaniu od żołnierza, który musi go przenieść, uruchomić, zasilić i obsłużyć. Każdy dodatkowy akumulator oznacza dodatkowy ciężar, a w działaniach pieszych ten ciężar konkuruje bezpośrednio z innymi elementami wyposażenia. – Pojedynczy żołnierz potrzebuje 50–100 Wh/dobę do zasilania radiotelefonu, urządzeń nokto- i termowizyjnych, terminala C2 – przedstawił wyliczenia płk Kalisiak.
Zapotrzebowanie energetyczne plutonu w działaniach pieszych to od 1,5 do 3 kWh/dobę. Tymczasem dwuosobowy zespół obsługujący mikrodrony zużywa dodatkowe 2–3 kWh/dobę. Podczas 48-godzinnej operacji każdy operator musi przenosić do 40 pakietów bateryjnych. Przy założeniu, iż maksymalny udźwig żołnierza to 35–45 kg, każdy dodatkowy kilogram przeznaczonych baterii wypiera z zasobnika amunicję, wodę czy pakiety medyczne.
Jeszcze poważniejszym problemem może być elektromagnetyczna „widoczność” cywilnych urządzeń. Komercyjny sprzęt korzysta z wi-fi, Bluetootha czy cywilnych systemów nawigacji. W środowisku nasyconym środkami walki radioelektronicznej takie rozwiązania stają się podatne na zagłuszanie i spoofing (podszywanie się, fałszowanie danych), a charakterystyka emisji może ułatwić przeciwnikowi wykrycie operatora. W warunkach współczesnego pola walki czas od wykrycia sygnału do uderzenia może być bardzo krótki. Dron, który miał dawać przewagę, może więc nieświadomie wskazać przeciwnikowi miejsce, w które należy skierować ogień.
Cywilne urządzenie może być wygodne w codziennym użytkowaniu, ale w warunkach bojowych jego obsługa wygląda zupełnie inaczej. Żołnierz działa pod presją, jest zmęczony, może mieć rękawice, noktowizję albo ograniczoną widoczność. W takich warunkach ekran dotykowy czy konieczność wykonywania wielu operacji w menu przestają być wygodą, a zaczynają być przeszkodą. Dlatego sprzęt wojskowy powinien być projektowany tak, aby najważniejsze funkcje były dostępne w maksymalnie prosty i niezawodny sposób (np. fizyczne przyciski zamiast ekranu dotykowego).
Niemniej istotna jest naprawa. Cywilny dron może zostać odesłany do serwisu producenta. W polu żołnierz musi radzić sobie sam i to w bardzo krótkim czasie. – Wymiana uszkodzonego ramienia, silnika czy modułu optoelektronicznego nie może zająć dłużej niż trzy minuty – zaznaczył płk Kalisiak. Stąd postulat modułowości i możliwości przeprowadzenia podstawowych napraw przy użyciu standardowego wyposażenia (wojskowy multitool). Technologia, której nie można gwałtownie przywrócić do działania, traci wartość dokładnie wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebna.
Czas na rozwój
Paradoks polega na tym, iż armia potrzebuje technologii cywilnych właśnie dlatego, iż rozwijają się one szybciej niż tradycyjne programy zakupowe. W przypadku dronów i innych systemów bezzałogowych cykl rozwoju technologicznego może być liczony w miesiącach, podczas gdy klasyczne procedury pozyskania sprzętu wojskowego mogą trwać latami. Efekt: zanim formalny proces zakupowy dobiegnie końca, dostępne rozwiązanie może być już technologicznie przestarzałe.
Dlatego żołnierze coraz częściej improwizują. Modyfikują urządzenia, wykonują elementy przy użyciu druku 3D, lutują obwody czy ukrywają diody i inne źródła emisji. Taka pomysłowość może być ogromną zaletą na froncie, ale tylko do pewnego poziomu (mikrodrony nie wykonają takich samych zadań jak bardziej zaawansowane systemy) i nie może stać się substytutem systemowego podejścia.
Właśnie tu kryje się najważniejsza lekcja płynąca z wystąpienia płk. Kalisiaka. Armia powinna nauczyć się szybciej przejmować rozwiązania z rynku cywilnego, testować i dostosowywać do realnych potrzeb pola walki. najważniejsze jest jednak to, by nie mylić dostępności produktu z jego gotowością bojową.
Dobry wojskowy dron nie musi być od początku zaprojektowany wyłącznie dla armii. Musi za to spełniać wojskowe wymagania dotyczące zasilania, odporności na zakłócenia, ergonomii i naprawialności. Dopiero wtedy technologia „z półki” przestaje być gadżetem, a staje się narzędziem walki.
Jak wynika z przedstawionej koncepcji, potrzebny jest więc system, który połączy wiedzę akademicką, badania techniczne i testy prowadzone bezpośrednio przez żołnierzy. Jego celem powinno być stworzenie szybkiej ścieżki sprawdzania i dopuszczania rozwiązań dual-use do zastosowania taktycznego. Bo na współczesnym polu walki o przewadze coraz częściej nie decyduje to, kto pierwszy kupi nowy dron. Ale to, kto pierwszy sprawi, iż ten dron będzie naprawdę działał – w błocie, w nocy, bez sieci, pod ostrzałem i wtedy gdy przeciwnik zrobi wszystko, by go znaleźć.