Donald Tusk 19 sierpnia zapowiedział podwyżkę CIT z 19 do 22 proc. od 2027 r. dla firm z przychodami powyżej 50 mln euro oraz podatkowych grup kapitałowych. Według „Rzeczpospolitej” kolejny pakiet dla przedsiębiorstw ma zostać pokazany jeszcze w tym tygodniu. Stawką są inwestycje i koszt pracy.
Rząd dokłada firmom rachunek
Premier Donald Tusk wraz z ministrem finansów i gospodarki Andrzejem Domańskim pokazał 19 sierpnia pakiet zmian podatkowych na 2027 r. W części PIT rząd obiecuje podniesienie progu ze 120 tys. zł do 130 tys. zł, nową stawkę 24 proc. dla dochodów między 130 tys. a 150 tys. zł oraz pozostawienie 32 proc. powyżej 150 tys. zł. Według relacji Money.pl koszt polityczny ma zostać przykryty hasłem ulgi dla 3,5 mln podatników.
Rachunek ma przyjść do firm. Rząd chce podnieść CIT z 19 do 22 proc. dla podmiotów z rocznymi przychodami przekraczającymi 50 mln euro, czyli około 200 mln zł, oraz dla podatkowych grup kapitałowych. Do tego dochodzi zapowiedź podniesienia daniny solidarnościowej dla zarabiających ponad 1 mln zł rocznie do 5 proc. i powrót do niższego limitu przychodów dla ryczałtu: 250 tys. euro zamiast obecnych 2 mln euro.
To jest klasyczny manewr polityki redystrybucyjnej. Najpierw rząd pokazuje wybranej grupie obietnicę zostawienia części pieniędzy w portfelu. Potem sięga do kieszeni przedsiębiorstw, czyli miejsc, w których powstają pensje, inwestycje i polski kapitał.
Biznes mówi o braku konsultacji
„Rzeczpospolita” podała, iż kolejny pakiet zmian w CIT ma zostać przedstawiony jeszcze w tym tygodniu. Gazeta opisała też reakcje organizacji pracodawców. Według rp.pl przedsiębiorcy zarzucają rządowi brak konsultacji i ostrzegają, iż wyższe daniny ograniczą rozwój, inwestycje i innowacje.
Business Centre Club przypomina, iż przy niekorzystnych zmianach podatkowych powinno być co najmniej sześć miesięcy vacatio legis. Pracodawcy RP wskazują zaś, iż tak duża podwyżka obciążeń powinna być poprzedzona poważną dyskusją o skutkach systemowych. To nie jest kaprys lobbystów. Firma planuje inwestycje, zatrudnienie i finansowanie w horyzoncie dłuższym niż kalendarz konferencji prasowej.
W polskim interesie leży stabilne prawo podatkowe. Przedsiębiorca ma wiedzieć, ile państwo zabierze mu za rok, bo inaczej odkłada inwestycję, zmniejsza ryzyko albo przenosi aktywność tam, gdzie reguły są czytelniejsze. Wtedy koszt nie zostaje w zarządzie spółki. Spada na pracowników, kooperantów i klientów.
Wielkie koncerny w haśle, polskie firmy w praktyce
Rządowa narracja brzmi prosto: zapłacą najwięksi. Tylko iż próg 50 mln euro przychodów nie oznacza wyłącznie globalnych gigantów. W wielu branżach taki poziom osiągają polskie przedsiębiorstwa rodzinne, eksporterzy, firmy produkcyjne i dystrybutorzy o dużym obrocie, ale niskiej marży. Podatek dochodowy nie pyta o propagandowy obraz „bogatego koncernu”. Pyta o podstawę opodatkowania i przepływy w firmie.
Dlatego sprawa CIT nie jest techniczną poprawką w tabeli. To sygnał dla polskiego biznesu: o ile urośniesz, państwo może uznać cię za wygodne źródło finansowania obietnic. DN pisał już o podatkowym rachunku na 2027 rok i o tym, iż firmy zapłacą za obietnice Tuska. Nowe doniesienia tylko wzmacniają ten obraz.
Minister Domański tłumaczył, iż stawka 22 proc. jest mniej więcej średnią unijną, a Słowacja podniosła CIT do 24 proc. To słaby argument dla kraju, który powinien konkurować o inwestycje, produkcję i centra decyzyjne. Polska nie zbuduje silnego kapitału narodowego przez powtarzanie, iż gdzieś indziej podatki też są wysokie.
Co to znaczy dla portfela Polaków
Podwyżka CIT nie kończy się na rubryce w deklaracji podatkowej. Przedsiębiorstwo przerzuca część kosztu na ceny, tnie marże, opóźnia inwestycje albo ogranicza podwyżki wynagrodzeń. Nie zawsze od razu. Często po cichu, w budżecie na kolejny rok. Dla pracownika oznacza to słabszą presję płacową. Dla klienta: droższy produkt albo gorszą usługę. Dla państwa: mniej prywatnej energii gospodarczej.
Rząd chce finansować ulgę podatkową dla części klasy średniej przez dodatkowe obciążenia dla firm i najlepiej zarabiających. Politycznie to wygodne, bo łatwo wskazać płatnika. Ekonomicznie to ryzykowne, bo uderza w tych, którzy tworzą miejsca pracy i mają ambicję budować polską skalę.
Polska prawica powinna mówić jasno: sprawiedliwy system podatkowy nie polega na tym, iż państwo co kilka miesięcy wybiera nową grupę do oskubania. Polega na prostych regułach, niskiej karze za pracę i inwestycje oraz szacunku dla polskiego kapitału. Bez tego będziemy krajem, w którym przedsiębiorczość chwali się w przemówieniach, a karze w ustawach.
Test wiarygodności rządu
Najbliższe dni pokażą, czy rząd przedstawi pełne projekty, skutki finansowe i realne konsultacje, czy tylko kolejną serię komunikatów pod bieżącą politykę. Biznes nie potrzebuje spektaklu. Potrzebuje prawa, które da się policzyć.
Dla Polski stawka jest większa niż spór o trzy punkty procentowe CIT. Chodzi o to, czy państwo chce mieć własnych silnych przedsiębiorców, czy traktuje ich jak bankomat dla obietnic wyborczych. Narodowa gospodarka nie rośnie od konferencji prasowych. Rośnie od pracy, inwestycji, stabilności i zaufania, iż sukces nie zostanie natychmiast ukarany nową daniną.
Źródło: Bankier.pl, Rzeczpospolita, Money.pl, Gazeta Prawna/PAP.
Źródło: Bankier.pl









