– To nakręcanie atmosfery strachu. Przyczyną awantury jest artykuł na "Propastop", estońskim blogu, który jest prowadzony przez wolontariuszy z Estońskiej Ligi Obrony, organizacji podobnej do naszych Wojsk Obrony Terytorialnej – mówi w rozmowie z naTemat Bartosz Chmielewski z Ośrodka Studiów Wschodnich.
Estonia na celowniku Rosji? Oto prawda o Narwie i "separatyzmie"
Wyjaśnijmy po kolei, o co chodzi. Nasz rozmówca jako jeden z pierwszych zaczął punktować i wyjaśniać informacje o Estonii, które w ostatnim czasie tak bardzo nakręciły dyskusję o "nowym celu Rosji". Konkretnie zaczęło się od artykułu na wspomnianym "Propastop". – Opisali oni przypadek kanału na Telegramie i grupy na rosyjskim portalu VKontakte, gdzie pojawiały się proste memy i wymyślona mapa Narewskiej Republiki Ludowej.
Kiedy pojawił się wpis na "Propastop", ekspert z OSW zajrzał tam i sprawdził zasięg postów. – To wyglądało raczej na żart, ale napisały o tym gazety lokalne, zareagował premier i poniosło się do mediów europejskich – podkreśla.
– Źródłem tego, co dzieje się teraz w polskim obiegu medialnym, jest artykuł w "Bildzie" ale takie narracje o Narwiańskiej Republice Ludowej krążą w sieci od przynajmniej 10 lat. Nie mają one pokrycia w rzeczywistości, ponieważ w Narwie nie ma separatyzmu ani ruchów autonomicznych – zauważa Bartosz Chmielewski.
Centralnym punktem w tej dyskusji stała się Narwa. To miasto w północno-wschodniej Estonii, na granicy z Rosją. Stąd też określenia o "Narwiańskiej" czy "Narewskiej" Republice Ludowej. Pojawiają się różne wersje w pisowni. W Narwie mieszka pond 50 tys. osób. Nazywana jest najbardziej "rosyjskim" miastem w Unii Europejskiej, bo większość mieszkańców stanowią osoby rosyjskojęzyczne. Tyle iż z teoriami o separatyzmie jest duży problem.
W propagandowych wpisach pojawiły się jednak teorie z wizją nowych granic. Przewidywano "atak na Narwę", "zdobycie Sillamäe i Kohtla-Järve" i pokazy fajerwerków. Nic dziwnego, iż takie wymysły wzbudziły niepokój i poniosły się szeroko. W Estonii potraktowano je na serio, zareagowali choćby przedstawiciele rządu i podeszli do tego na chłodno. Zaapelowali przede wszystkim o spokój.
"Narwa jest i zawsze pozostanie miastem estońskim. Te drobne próby wywołania zamieszania i osłabienia spójności społecznej nie są niczym nowym. Widzieliśmy już wcześniej tego typu taktykę w Rosji i za jej pośrednictwem, w Estonii i gdzie indziej. To tani sposób na wywołanie zamieszania i oburzenia" – napisał Margus Tsahkna, szef estońskiego MSZ.
Straszenie separatyzmem w przypadku miasta Narwa trudno też zrozumieć, jeżeli spojrzymy na historię. Nasz rozmówca z OSW zauważa, iż w 1993 r., w czasach chaosu, niestabilności młodej demokracji i niepodległości estońskiej w Narwie i mieście Sillamäe, które też znajduje się w tym samym regionie co Narwa, ogłoszono referendum o stworzeniu autonomii.
– Powodem było raczej to iż mieszkańcy nie potrafili się odnaleźć w nowej rzeczywistości polityczno-gospodarczej niż rzeczywista chęć oddzielenia się. Część głosujących do końca nie rozumiała, co się dzieje i z czym wiąże się życie w nowych granicach. Referendum odbyło się, ale frekwencja była umiarkowana, a władze centralne je zdelegalizowały, co nie spowodowało znaczących konsekwencji. jeżeli realny separatyzm nie istniał na początku lat 90., to dzisiaj tym bardziej nie istnieje – wskazuje Chmielewski.
Czy Estonii grozi scenariusz ukraiński?
Z doniesieniami o separatystach od razu pojawiły się pytania, czy Rosja może szykować w Estonii podobny scenariusz, jak w przypadku Ukrainy. Od lat wiadomo, iż kraje bałtyckie biorą pod uwagę różne zagrożenia ze strony Rosji. Wojna hybrydowa, prowokacje, akty dywersji – to wszystko realne problemy, które trzeba mieć na uwadze.
– Zagrożenie jest znane. Od 2014 r. Bałtowie rozpatrują różne scenariusze tego, jak zachowa się NATO w przypadku próby rosyjskiej destabilizacji. Nie możemy w łatwy sposób porównać sytuacji Estonii do Ukrainy, bo mówimy o terytorium NATO. To dotychczas nieprzekraczalna granica dla Rosji – tłumaczy dla "Faktu" były szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego gen. Maciej Materka.
Ekspert z OSW zaznacza, iż "scenariusz ukraiński" nie grozi Estonii z dwóch powodów. – W 2014 r. Ukraina była słaba, targana wewnętrznymi konfliktami, tuż po rewolucji politycznej. Estonia jest małym ale stabilnym i dość sprawnym państwem, więc to są nieporównywalne sytuacje – wylicza.
Druga sprawa odnosi się do Narwy, która nagle znalazła się w ogniu dyskusji. W niektórych artykułach znajdziecie zdanie, iż to miasto w niektórych analizach specjalistów jest wymieniane jako jeden z najsłabszych punktów Zachodu w ewentualnej konfrontacji zbrojnej z Rosją. I znowu – zbyt łatwo wyciągamy takie wnioski.
– Narwa jest takim samym najsłabszym punktem Europy jak na przykład Wisaginia na Litwie, jak wiele innych miejsc w Europie Środkowo-Wschodniej. To jest stwierdzenie wymyślone przez dziennikarzy i komentatorów 10 lat temu. Bazowali na tym, iż w Narwie mieszka znaczna liczba osób rosyjskojęzycznych, nie zagłębiając się szerzej w społeczną i polityczną sytuację regionu – precyzuje Bartosz Chmielewski.
Warto spojrzeć też na inny powód napięć między Estonią na Rosją. – Na granicy mają miejsce wręcz regularnie prowokacje ze strony Rosji, ale one nie są podyktowane tym, iż mieszkają tam Rosjanie, a skomplikowaną sytuacją prawno-międzynarodową, związaną z nieratyfikowanym estońsko-rosyjskim traktatem granicznym – dodaje Bartosz Chmielewski.


