Są spektakle, po których wychodzi się z teatru w milczeniu. Nie dlatego, iż brakuje słów, ale dlatego, iż każde byłoby zbyt lekkie wobec tego, co właśnie zostało pokazane. Tak było w przypadku „Benta” w Teatrze Dramatycznym. To kolejny zapis w moim Sławniku Teatralnym – trudny, niewygodny, ale potrzebny właśnie dlatego, iż nie pozwala się łatwo oswoić.
„Bent” Martina Shermana odbiera widzowi komfort bezpiecznego dystansu historycznego. Choć opowiada o nazistowskich Niemczech i obozach koncentracyjnych, nie jest lekcją historii. To opowieść o mechanizmach, które potrafią powracać w różnych epokach i pod różnymi hasłami: porządku, bezpieczeństwa, normalności. Jak gwałtownie uczymy się akceptować wykluczenie jako coś koniecznego? I jak łatwo przestajemy zadawać pytania, gdy dotyczy ono „innych”? Spektakl boleśnie pokazuje, iż historia zaczyna się powtarzać nie wtedy, gdy zapominamy faktów, ale gdy przestajemy reagować.
Historia Maxa i Rudiego zaczyna się od hedonizmu i życia poza normą, ale bardzo gwałtownie ten margines okazuje się przestrzenią śmiertelnego zagrożenia. Wykluczenie nie pojawia się tu nagle — ono narasta, osacza, wchodzi w codzienność, aż staje się czymś zwyczajnym. Spektakl pokazuje, jak system zmusza jednostkę do wyborów granicznych: przetrwać czy pozostać sobą? I czy w świecie opartym na przemocy w ogóle da się ocalić jedno i drugie? Najbardziej przeraża to, iż granica między wolnością a zagrożeniem zostaje przekroczona niemal niezauważalnie.
Różowy trójkąt jest w „Bencie” znakiem najbardziej widocznym, ale nie jedynym. Wykluczenie ma tu wiele wymiarów: seksualny, społeczny, cielesny, symboliczny. Jest podział na „lepszych” i „gorszych” więźniów, na tych, którym wolno żyć dłużej, i tych, których można unicestwić szybciej. choćby w obozie istnieje hierarchia cierpienia. Czy to nie najbardziej wstrząsający dowód na to, iż wykluczanie rzadko zatrzymuje się na jednej grupie? Czy z takim wykluczaniem nie mamy do czynienia również dzisiaj?
Jednym z najmocniejszych wątków „Benta” jest wykluczenie wewnętrzne. Moment, w którym człowiek – by przetrwać – zaczyna wypierać samego siebie. Max zmuszony jest do zaprzeczenia własnej tożsamości, własnym uczuciom, własnej historii. To dramat, który pokazuje, iż najdotkliwsza przemoc nie zawsze polega na fizycznym cierpieniu. Czasem polega na zmuszeniu do życia w kłamstwie. „Bent” jest też opowieścią o wykluczeniu jako procesie. Zaczyna się od języka, od etykiet, od przyzwolenia na drobne nierówności. Potem przychodzą symbole, znaki, regulacje. A na końcu zostaje już tylko administracja cierpienia. Czy naprawdę wierzymy, iż takie mechanizmy należą wyłącznie do przeszłości?
W Sławniku Teatralnym zapisuję „Benta” jako spektakl ostrzegawczy. Taki, który przypomina, iż wykluczenie nigdy nie jest sprawą „tylko jednej grupy”. Jest zawsze testem – sprawdzianem, jak daleko można się posunąć w odbieraniu innym prawa do bycia sobą. I jak łatwo większość potrafi się do tego przyzwyczaić. To ostrzeżenie nie dotyczy historii, ale naszej teraźniejszości.
To teatr, po którym nie chce się gwałtownie wychodzić.
I taki, po którym długo nie chce się przestać myśleć.
reżyseria:
Natalie Ringler
przekład:
Rubi Birden
scenografia/kostiumy:
Aneta Suskiewicz
muzyka:
Piotr Łabonarski
choreografia/ruch sceniczny:
Wiktor Korszla
reżyseria światła:
Paweł Srebrzyński
kierownik produkcji:
Natalia Mołodowiec








