Bajka dla naiwnych

polska-zbrojna.pl 1 hour ago

Z jednej strony Rosja nasila prowokacje wobec Zachodu, przy okazji wymachując atomową pałką, z drugiej pragnie wmówić europejskim społeczeństwom, iż nie jest ich wrogiem. Taktyka stara jak imperialne ambicje Kremla. Ale mimo całej swej toporności, w epoce AI i mediów społecznościowych – wyjątkowo niebezpieczna.

Ma być sielsko, kolorowo, może trochę naiwnie, ale na pewno przyjemnie. Przynajmniej w intencji autorów. Po mediach społecznościowych od kilku dni krążą wygenerowane przez sztuczną inteligencję obrazki, które mają odczarować Rosję. Jeden z nich przedstawia bobra i niedźwiedzia. Pierwszy ma za plecami widoczek Warszawy, drugi Moskwy. Na szyjach szaliki w barwach flag polskiej i rosyjskiej, na pyszczkach uśmiechy, dłonie splecione w uścisku. I obrazek kolejny: trzy misie w koszulkach z wizerunkami flag Polski, Rosji i Białorusi. Siedzą na łące przytulone, w tle jezioro i zarys budynków Moskwy oraz Mińska. Ilustracjom zwykle towarzyszą hasła: „Rosja nie jest moim wrogiem”.

Nad zjawiskiem zdążyły się już pochylić instytucje badające rosyjską dezinformację. Eksperci są zgodni: oto mamy do czynienia z precyzyjnie zaplanowaną operacją propagandową. Dotyczy ona nie tylko Polski. Podobne obrazki ukazały się na profilach społecznościowych we Francji, Niemczech, Włoszech czy Rumunii. Analitycy z organizacji Demagog, która specjalizuje się w tzw. fact-checkingu, w ciągu zaledwie dziesięciu dni, i tylko na portalu X namierzyli 2254 posty z różnymi wariantami językowymi przywołanego powyżej hasła. Łącznie zdobyły blisko 24 mln wyświetleń i zostały udostępnione 271 tys. razy. Ich kolportażem wielokrotnie zajmowały się te same podejrzanie wyglądające profile. W wielu przypadkach choćby ich pobieżna analiza podpowiada, iż nie należą do autentycznych ludzi. Nieliczne wpisy, zdjęcia stockowe bądź wygenerowane przez AI, treści – przede wszystkim antyzachodnie, wymierzone w Ukraińców, czasem chwalące Rosję. Za tymi kontami najpewniej stoją służby – rosyjskie bądź ściśle od nich zależne białoruskie. Co więcej, zainteresowanie akcją usiłują podbić związani z Moskwą dyplomaci, dodatkowo przy tym fałszując rzeczywistość. Zrobiła tak na przykład ambasada Federacji Rosyjskiej w Holandii. Na oficjalnym profilu placówki w portalu X można przeczytać: „Drodzy Przyjaciele! Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem flash mobu »Rosja nie jest moim wrogiem!«. I w pełni podzielamy tę ideę! Jesteśmy Rosjanami i nie jesteśmy waszymi wrogami!”. Tak więc nie zaplanowana akcja, ale flash mob. „Spontaniczny zryw” mieszkańców Zachodu…

REKLAMA

Wszystko to dzieje się w czasie, kiedy Moskwa znacząco eskaluje wymierzone w Zachód działania. Uderzenie rakiety na pola około 50 km od Lublina, atak na lotnisku w Lipsku, drony regularnie wlatujące w przestrzeń powietrzną państw bałtyckich – przykłady można by mnożyć. Do tego dochodzi coraz ostrzejsza retoryka i ledwie zawoalowane groźby użycia broni jądrowej. Atomową szabelką zamachał ostatnio choćby rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. Stwierdził on, iż jeżeli Zachód pomyśli o zajęciu obwodu królewieckiego, Rosja „wykorzysta cały dostępny arsenał broni”. Mniej więcej w tym samym czasie jeden z kanałów propagandowych w rosyjskim serwisie Telegram opublikował mapę Polski, na której zaznaczono potencjalne miejsca uderzeń dronów.

Tak więc z jednej strony uśmiechnięty od ucha do ucha animowany niedźwiedź, z drugiej wizje nuklearnej zagłady. Sprzeczność? Na pierwszy rzut oka tak. Trzeba jednak pamiętać, iż to zagranie stare jak kremlowska propaganda. ZSRR przecież, jak usilnie przekonywali tamtejsi spece od walki słowem, nigdy nie zamierzał nikogo atakować. Kiedy sowiecka armia wkraczała na Węgry, do Czechosłowacji, do Afganistanu, czyniła to wyłącznie z chęci pomocy tamtejszej ludności. Zresztą na jej wyraźną prośbę. Kiedy Moskwa rozbudowywała pancerne dywizje, a z taśm jej fabryk zbrojeniowych – cytując Nikitę Chruszczowa – rakiety balistyczne schodziły niczym parówki, to tylko dlatego, aby dać odpór agresywnemu Zachodowi. I najmniejszego znaczenia nie miał fakt, iż w doktrynie Układu Warszawskiego plany obronne stanowiły wyłącznie skromny dodatek do szeroko rozpisanych operacji zaczepnych. Żołnierze zapamiętale ćwiczyli przecież nie obronę Moskwy czy Pragi, ale desant na Danię i długie marsze przez spustoszone eksplozjami nuklearnymi terytorium zachodnich Niemiec.

Sowiecką retorykę gładko przejęła Rosja. Przecież w jej ujęciu wojna w Ukrainie jest jedynie aktem samoobrony. Bo – jak stwierdził krótko po inwazji patriarcha Cyryl – jego kraj w swojej długiej historii nigdy nikogo nie zaatakował…

Teraz opowieść o przyjaznej Rosji jest twórczo rozwijana. W pierwszym odruchu można by ją skwitować wzruszeniem ramion. Bo kto przy zdrowych zmysłach uwierzy w dobre intencje draba, który jedną rękę wyciąga do zgody, a w drugiej dzierży pałkę i wywija nią tuż przy naszej twarzy? Zresztą wystarczy spojrzeć na komentarze towarzyszące postom. Większość z nich w ostrym tonie daje odpór propagandzie. Ale wśród nich są i takie: „Sama prawda, chanukowy rząd chce za wszelką cenę szczuć Słowian na siebie!”, czy „Tak powinno być! Polska powinna olać Anglosasów i USA”.

Moskwa wie, iż prowadzenie wojny informacyjnej jest trochę jak oszukiwanie metodą na wnuczka. Setki telefonów, setki przerwanych rozmów i wreszcie jeden, drugi, trzeci odbiorca podatny na manipulację, gotowy oddać własne pieniądze. Jest efekt? Jest. Dlatego właśnie rosyjscy spece od dezinformacji uzbrajają się w cierpliwość i mnożą pomysły. Nie szkodzi, iż często naiwne, sprzeczne ze sobą, wręcz głupie. Ważne, żeby było ich dużo. Ktoś na pewno się złapie. Zwłaszcza jeżeli zostanie dodatkowo podprowadzony przez rosyjskich trolli bądź wykreowane na wschodzie boty, które masowo zamieszczają w sieci odpowiednio ukierunkowane komentarze. Prawo statystyki.

A internet, media społecznościowe, sztuczna inteligencja otworzyły tutaj niespotykanie szerokie pole oddziaływania – bezpośredni dostęp do potencjalnych odbiorców, a także kanały pozwalające na multiplikację i szeroki transfer treści. W społeczeństwach, w których wartością jest wolność słowa i nieograniczony dostęp do mediów, walka z takim działaniem jest skrajnie trudna. Dlatego, choć państwo ma narzędzia, by to robić, ciężar odpowiedzialności w dużej mierze spoczywa na samych użytkownikach sieci. Czasem, by uniknąć pułapki wystarczy zdrowy rozsądek, czasem trzeba poszukać głębiej – przyjrzeć się na przykład, w jaki sposób skonstruowane zostały profile, które usiłują nam „sprzedać” pewne treści. To ważne, tym bardziej, iż w najbliższym czasie wymierzona w Zachód walka informacyjne będzie się prawdopodobnie nasilać.

A w kontekście obrazkowych historyjek o przyjaznej Rosji, warto przypomnieć starą frazę z „Eneidy” Wergiliusza: „Timeo Danaos et dona ferentes”…

Łukasz Zalesiński dziennikarz „Polski Zbrojnej”
Read Entire Article