Spór Mateusza Morawieckiego z obozem Przemysława Czarnka wyszedł poza partyjne gabinety. Były premier mówi o wypchnięciu swojej frakcji, a Czarnek zarzuca mu planowanie rozłamu. Równocześnie obaj przekonują, iż prawica musi odsunąć rząd Donalda Tuska. Dla wyborców ważniejsze od personalnych ambicji jest dziś pytanie, czy ten wspólny cel potrafią przełożyć na odpowiedzialną współpracę.
Konflikt przestał być plotką
W Prawie i Sprawiedliwości od miesięcy ścierały się dwa pomysły na odzyskanie większości. Mateusz Morawiecki budował środowisko Rozwój Plus i mówił o docieraniu do wyborców centroprawicowych. Przemysław Czarnek stał się twarzą bardziej zdecydowanego kursu konserwatywnego. W maju, po burzliwym posiedzeniu klubu PiS, Janusz Cieszyński potwierdził, iż obaj politycy odbyli rozmowę i uzgodnili wspólne spotkanie w Gorzowie Wielkopolskim.
To spotkanie odbyło się w czerwcu. Morawiecki i Czarnek wystąpili razem, apelowali o jedność prawicy oraz krytykowali rząd Donalda Tuska. Obraz wspólnej drużyny nie usunął jednak różnic. Pokazał raczej, iż w sprawach zasadniczych potrafili stanąć obok siebie, mimo rywalizacji o kierunek i przywództwo w obozie.
Lipcowe pęknięcie
W lipcu napięcie wzrosło. Kierownictwo PiS zobowiązało działaczy należących do stowarzyszeń prowadzących aktywność polityczną do rezygnacji z członkostwa w tych organizacjach. Sprawa dotyczyła między innymi Rozwoju Plus. Morawiecki odmówił podpisania deklaracji, którą określał jako lojalkę, i ponownie zaproponował rezygnację z funkcji wiceprezesa PiS.
Po upływie wyznaczonego terminu były premier mówił podczas konferencji w Sejmie, iż jego środowisko walczyło o jedność partii i strategię dwóch nurtów docierających do różnych grup wyborców. Twierdził, iż zostało z tej konstrukcji wypchnięte. Czarnek przedstawiał wydarzenia inaczej. Oceniał, iż Morawiecki od dawna przygotowywał projekt odrębnej partii i iż jego ambicje nie mieściły się już w PiS.
To są poważne zarzuty polityczne, ale pozostają elementem jawnego sporu o strategię. Nie należy dopisywać do nich tajnych układów ani udawać, iż personalne napięcie nie istnieje. Prawica ma prawo do różnicy zdań. Nie ma prawa marnować zaufania wyborców przez niekończącą się walkę stanowisk.
Wspólny przeciwnik nie wystarczy
Morawiecki po rozstaniu z partyjnym kierownictwem podkreślał, iż na polskiej prawicy nie ma już jednego hegemona i potrzebna jest zdolność współpracy. Spory wewnątrz prawicy nazwał sporami w rodzinie, przeciwstawiając je walce z obecną koalicją. Czarnek wcześniej deklarował, iż cieszy go chęć Morawieckiego do pozostania w PiS i iż Polsce potrzebne jest jedno ugrupowanie z różnymi nurtami.
Obaj trafnie rozpoznają podstawową stawkę: rząd Donalda Tuska można pokonać wyłącznie przez poszerzenie prawego elektoratu i wiarygodną ofertę państwową. Sama niechęć do gabinetu KO nie jest jednak programem. Polacy potrzebują odpowiedzi w sprawie cen energii, bezpieczeństwa granic, przyszłości polskiej gospodarki i obrony suwerenności wobec presji Brukseli.
Morawiecki wnosi doświadczenie rządowe i język gospodarczy. Czarnek mocniej akcentuje tożsamość, rodzinę oraz sprzeciw wobec ideologizacji państwa. Te nurty mogą się uzupełniać, o ile interes Polski stanie ponad partyjnym rachunkiem. Mogą też wzajemnie się osłabić i oddać pole lewicy oraz liberalnemu centrum.
Wyborcy oczekują odpowiedzialności
Prawicowy wyborca nie powinien być zakładnikiem dworskich sporów. Ma prawo wymagać uczciwej informacji o różnicach, jasnego programu i umiejętności współpracy po wyborach. Rozłam sam w sobie nie jest ani zdradą, ani receptą na zwycięstwo. Ocenę musi wyznaczać skutek dla państwa.
Morawiecki i Czarnek nie są dziś jedną drużyną w sensie organizacyjnym. Łączy ich jednak przekonanie, iż obecny rząd trzeba odsunąć, a prawica musi odzyskać sprawczość. Teraz potrzebne są czyny. jeżeli rywalizacja posłuży stworzeniu lepszej oferty dla Polaków, może wzmocnić cały obóz. jeżeli zamieni się w serię personalnych rozliczeń, rachunek zapłacą wyborcy, a władzę zachowają ci, których politykę obaj zgodnie krytykują.










