A fresh State in the Heart of Europe? Here Are Possible Scenarios

news.5v.pl 8 hours ago
  • Portal 021.rs opublikował zdjęcia wielkiego transparentu z napisem: „Republika Wojwodina”, który przez kilka godzin towarzyszył antyrządowej demonstracji. Takich banerów ostatnio pojawia się więcej
  • Marszałkini serbskiego parlamentu Ana Brnabić jako pierwsza przedstawicielka rządzących przyznała, iż „żądaniom dymisji władz towarzyszą różne formy domagania się niepodległości Wojwodiny”
  • Wojwodina to od lat najbogatsza i najlepiej rozwinięta gospodarczo część Serbii oraz spichlerz kraju. A przy tym miejsce gigantycznych inwestycji
  • Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Onetu

Między habsburskim Zachodem a Bałkanami

Skąd ta wyjątkowa mozaika? Dzisiejsza Wojwodina, w 60 proc. zamieszkana przez Serbów, a w 17 proc. przez Węgrów, przez lata leżała na pograniczu dwóch światów: habsburskich Austro-Węgier oraz dominującego na Bałkanach imperium osmańskiego.

Na przełomie XVII i XVIII w., w odróżnieniu od sąsiedniej Serbii, Wojwodinę włączono do imperium Habsburgów. Zadecydował o tym król Jan III Sobieski. To od tych czasów mieszkańcy Wojwodiny mówią o sobie „obywatele Europy”, kwestionując jednocześnie wszelką bałkańskość.

Jednak sąsiedni Węgrzy i inni obywatele tejże Europy, skupiając się na własnej walce o uniezależnienie od Wiednia, odrzucali pretensje Wojwodińczyków do decydowania o sobie. Niechęć Madziarów wykorzystali Serbowie, którzy w 1691 r. uzyskali prawo do autonomii terytorialnej. Ta odległa data to początek serbskich wpływów w Wojwodinie. Prawie dwa wieki później mimo serbskich starań Wojwodinę i Banat w 1860 r. wcielono do Austro-Węgier.

W czasach Habsburgów w żyznej Wojwodinie osiedlały się wszystkie nacje zamieszkujące Królestwo Węgier. A iż było ich dużo, świadczy jej dzisiejsza wieloetniczność.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Gdy rozpadła się monarchia austro-węgierska, 1 grudnia 1918 r. Wojwodina została włączona do Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców, a po zakończeniu kolejnej wojny światowej – do Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii. Mimo iż Tito wypędził znienawidzonych Niemców, w wojwodińskich miastach pozostało sporo przedstawicieli tej pokonanej nacji. Tym samym zachował się wielonarodowy, słowiańsko-węgiersko-germański charakter regionu. Upadek komunistycznej Jugosławii, w której od 1945 do 1980 r. rządził Tito, rozpoczął się w roku 1988. Co ważne, zaczął się w Nowym Sadzie – stolicy Wojwodiny.

Zalążkiem politycznej degrengolady była decyzja Slobodana Miloševicia o odwołaniu kierownictwa autonomicznej prowincji Wojwodiny. Należy pamiętać, iż po wprowadzeniu w 1974 r. nowej jugosłowiańskiej konstytucji Wojwodina miała prawa zbliżone do republik federacyjnych. Wydarzenie to gwałtownie nazwano „rewolucją jogurtową”, bo budynki administracji publicznej zostały obrzucone przez demonstrantów… opakowaniami z jogurtem. Odwołując „nie swoich”, Milošević bardziej skupiał się na autonomicznym Kosowie i Metochii, regionie o dwukrotnie mniejszej niż Wojwodina powierzchni, który stawał się poważniejszym ogniskiem zapalnym.

Vučić opiłowuje nadzieje

W roku 1990 „Slobo” podjął decyzję, która w Wojwodinie mogła doprowadzić do krwawych zamieszek. Na szczęście tak się nie stało. Zniesienie przez Miloševicia autonomii Wojwodiny rozpoczęło trwający trzy lata konflikt zmieniający jej etniczny obraz. Przedstawiciele mniejszości uciekali i przed wojną, i przed mobilizacją wojskową. Gdy w roku 2000 upadł reżim Miloševicia, kwestia przywrócenia Wojwodinie autonomii znów stała się aktualna.

Ale mieszkańcy Nowego Sadu i innych wojwodińskich miast musieli obejść się smakiem. Bo pierwsze lata nowego stulecia to początek autorytarnych rządów Aleksandara Vučicia i pogłębiającej się centralizacji belgradzkich władz. Centralizacji, której ojcami stali się posłuszni Vučiciowi politycy Serbskiej Partii Postępowej. Z roku na rok Belgrad wysyłał mieszkańcom Wojwodiny coraz więcej sygnałów, iż do dawnej, titowskiej autonomii nie ma już powrotu. Dobitnym tego przykładem może być decyzja Serbskiego Trybunału Konstytucyjnego, który w 2013 r. zakwestionował dwie trzecie nowego statutu Wojwodiny.

Obawiając się separatystycznych działań, władze w Belgradzie zlikwidowały Wojwodińską Akademię Nauki i Sztuki, z istnieniem której nie mogły się pogodzić tzw. patriotyczne kręgi naukowe w Belgradzie. Władzom w stolicy nie spodobały się także niektóre wojwodińskie symbole. Zdaniem Belgradu Wojwodina nie mogła mieć tylko jednej flagi z trzema gwiazdkami, ponoć przypominającej tę unijną. Dodano więc drugą, która zyskała status oficjalnej. I zalecono, by używać jej częściej, bo to… tradycyjna serbska flaga z XIX w.!

Kolejnym ciosem dla mieszkańców Wojwodiny okazał się rok 2022, kiedy Nowy Sad był Europejską Stolicą Kultury. Dumni mieszkańcy miasta nad Dunajem wiązali z tym wyróżnieniem spore nadzieje. Mimo iż popłynęły tam miliony euro, wiele projektów zostało zamkniętych w szufladach belgradzkich urzędników. Wielokulturowy charakter Wojwodiny pozostał praktycznie niewidoczny, bo tego zażądała wierchuszka z Belgradu. Takie podejście nasuwało na myśl pewne kosowskie analogie. Obok ulubionego „Kosovo je Srbija” wybrzmiewało coraz mocniej hasło „Vojvodina je Srbija”.

Równolegle z centralistycznym podejściem zaczęto promować programy i komentarze, w których nazwę Wojwodina zastępowano złowrogą „północną Serbią”.

Tragedia na dworcu i eskalacja żądań

Dzień 1 listopada 2024 r. na zawsze zapisze się w historii Serbii i Wojwodiny. W Nowym Sadzie doszło do katastrofy budowlanej na świeżo oddanym do użytku dworcu kolejowym – w wyniku zawalenia się zadaszenia nad wejściem śmierć poniosło 15 osób. Przebudowę stacji prowadziły dwie chińskie firmy. Według inżyniera Danijela Dašicia powodem katastrofy była zbyt ciężka stalowa konstrukcja ze szklanymi panelami, która przeciążyła zadaszenie. Tragedia ta doprowadziła do trwających do dziś potężnych ogólnoserbskich protestów. Odbywają się one pod hasłami: „Macie ręce we krwi” i „Korupcja zabija”.

W czasie wielotysięcznych demonstracji protestujący oskarżają rząd o korupcję, przestępczość, brak transparentności i zaniedbania.

Djordje Savic / PAP

Protesty w serbskim mieście Nisz

W remoncie dworca w Nowym Sadzie uczestniczyły również firmy z Węgier – bez przetargu i w ramach wyjątkowo nieprzejrzystych umów. Mieszkańcy Wojwodiny, domagając się dymisji rządu i prezydenta Vučicia, z dnia na dzień coraz odważniej dorzucają hasła niepodległościowe. W mediach społecznościowych już kilka dni po tragedii zaczęto spekulować, iż gdyby nie centralistyczne i nietransparentne działania Belgradu, do tej tragedii by nie doszło. Wielu nowosadczyków chciało dać do zrozumienia, iż „sami, we własnym kraju i z własną władzą zrobiliby to lepiej i bezpieczniej”.

Pewne próby domagania się większej autonomii czy wręcz niepodległości pojawiają się od kilkunastu lat. Jednak to, co obserwujemy ostatnio, nigdy wcześniej nie miało miejsca. Hasła niepodległościowe widać nie tylko na wymyślnych graffiti, nie tylko w internecie, ale i w czasie antyrządowych manifestacji, głównie w Nowym Sadzie. Portal 021.rs opublikował zdjęcia wielkiego transparentu z napisem: „Republika Wojwodina”, który przez kilka godzin towarzyszył antyrządowej demonstracji. Takich banerów ostatnio pojawia się więcej.

Marszałkini serbskiego parlamentu Ana Brnabić jako pierwsza przedstawicielka rządzących przyznała, iż „żądaniom dymisji władz towarzyszą różne formy domagania się niepodległości Wojwodiny”.

Ješić i Bogdanović – wichrzyciele z północy

W Belgradzie wskazano zarazem „wichrzycieli”, głównych organizatorów proniepodległościowych akcji. To Goran Ješić i Boban Bogdanović. Pierwszy, po kilkukrotnych zatrzymaniach pod koniec ubiegłego roku, został nazwany przez znanego prawnika Seada Spahovicia więźniem politycznym. W dzisiejszej Serbii nie powinno to dziwić, wszak Ješić ogłaszał wszem wobec, iż doprowadzi do końca reżimu Vučicia. Pod koniec roku powołał do życia nowy projekt polityczny, o nazwie Solidarnost. Ten doświadczony, domagający się wejścia Serbii do Unii Europejskiej polityk uznawany jest w Belgradzie za „zagrożenie dla serbskiej integralności terytorialnej”. Ješić podpadł też władzom za twierdzenie, iż „Serbia powinna zrezygnować z organizacji EXPO 2027 w Belgradzie, bo kraju na to nie stać”. Polityk domaga się ujawnienia pełnej dokumentacji finansowej tego wielkiego przedsięwzięcia.

Media w Belgradzie prześcigają się zaś w obraźliwych komentarzach pod adresem Bobana Bogdanovicia. Przoduje w tym portal Informer.rs: „Marzący o secesji Wojwodiny Bogdanović to pupil ekstremisty z Kosowa Albina Kurtiego. To zwykły narkoman, którego chorwackie media złapały ostatnio, jak delektuje się kokainą”. Ten sam portal donosi, iż „za sprawą Bogdanovicia ogłoszona zostanie niepodległość Wojwodiny”. Działalnością Bogdanovicia na portalu X i jego wpisami o wejściu Wojwodiny do UE i NATO mocno zaniepokojony jest prezydent Vučić.

Sport też wyznacza tożsamość

Jak złożonym problemem jest dzisiejszy podział etniczno-polityczno-historyczny Wojwodiny, mieli okazję przekonać się polscy piłkarze i ich kibice. W ciągu pół roku warszawska Legia, a potem Jagiellonia Białystok w Pucharze Konferencji spotykały się z serbską i wojwodińską zarazem drużyną FK TSC Bačka Topola. Ten występujący w serbskiej lidze klub z 14-tysięcznej miejscowości Bačka Topola został utworzony w 1913 r. przez Węgrów. I Węgrzy nie oddali go ani na chwilę. Dziś jest oczkiem w głowie premiera Orbána, a za głównego sponsora ma potentata paliwowego MOL.

Przez dwie godziny kibicowania fani „Jagi” dostali ekspresową lekcję tożsamości ich rywali. Próbując przypodobać się miejscowym, kibice Jagiellonii skandowali to, co można usłyszeć na każdym węgierskim stadionie, czyli popularne „Ria, ria Hungaria!”. „Młyn” (najzagorzalsi fani) gwałtownie odpowiedział tym samym. Ten prowęgierski okrzyk nie spodobał się jednak siedzącym na przeciwległej trybunie, którzy jeszcze głośniej wybuczeli białostocko-węgierskie hasło. Innym akcentem politycznym meczu w sercu Wojwodiny było skandowanie przez polskich kibiców popularnego także nad Wisłą hasła „Kosovo je Srbija”. Tym razem protestów miejscowych nie było; fani Bačkiej Topoli dołączyli do białostoczan.

Trybuny małego stadionu doskonale odzwierciedlają podziały, ale i obawy całej, prawie dwumilionowej społeczności Wojwodiny. Bo częste twierdzenie Orbána, iż „Węgry graniczą z samymi sobą”, budzą niepokój wielu Wojwodińczyków.

Możliwe scenariusze

Zanim premier Miloš Vučević, ulegając presji demonstrujących, podał się do dymisji, dał jasno do zrozumienia, że „integralność terytorialna Serbii nie zostanie naruszona”. Stanowisko prezydenta Vučicia pozostało bardziej stanowcze. W Dniu Państwowości, 15 lutego, zorganizował wielki wiec poparcia dla polityki swojej partii. W Sremskiej Mitrovicy zebrały się tłumy. Prezydent kilka razy wykrzyczał, a tłum ochoczo powtarzał: „Vojvodina je Srbija!”.

ANDREJ CUKIC / PAP

Baner przedstawiający prezydenta Serbii Aleksandara Vucicia umieszczony przed stacją kolejową w Nowym Sadzie (luty 2025 r.)

Pragmatyczni mieszkańcy Wojwodiny zdają sobie sprawę, co się za tym kryje. Choć trudno o wiarygodne sondaże, dziś bardziej niż za realną secesją większość opowiada się za rozległą autonomią, taką jak w czasach jugosłowiańskich. Ale – jak informują wojwodińskie media – nie jest wykluczone, iż obraźliwy i kpiący ton Belgradu spowoduje, iż część Wojwodińczyków zechce pokazać mu plecy.

I będą to prawdopodobnie ci najbardziej świadomi, którzy wiedzą, iż Wojwodina to od lat najbogatsza i najlepiej rozwinięta gospodarczo część Serbii oraz spichlerz kraju. A przy tym miejsce gigantycznych inwestycji. Bo to Nowy Sad stał się największym placem budowy na Bałkanach Zachodnich. Nieprzejrzyste kontrakty i transakcje Serbii z udziałem Chin i Rosji należą również do największych projektów biznesowych w Wojwodinie. Proklamowanie niepodległości ucięłoby te niebezpieczne dla Wojwodiny działania.

Tygodnik Przegląd

Vučić wzrostu tendencji niepodległościowych w Wojwodinie obawia się też z innego powodu. Żądania Nowego Sadu mogą obudzić uśpione dziś nadzieje na niepodległość w Dolinie Preszewa na południu Serbii (80 tys. mieszkańców, 71 proc. to Albańczycy). Kolejnym zagrożeniem dla Belgradu może się okazać Sandżak. To liczący 360 tys. mieszkańców region na południu Serbii, tuż przy granicy z Czarnogórą. Dążący od 1991 r. do autonomii Sandżak zamieszkiwany jest głównie przez Boszniaków. Etniczno-terytorialne spory na terenie Serbii mogą więc rozgorzeć w każdej chwili.

Czy mała, ale bogata, prozachodnia Wojwodina może się stać Katalonią Bałkanów? W pewnym sensie już nią jest. Podobnie jak Madryt, a może i bardziej, Belgrad doskonale wie, iż wszelkie ustępstwa terytorialne mogą otworzyć drogę do poważnych zmian na mapie Europy.

Read Entire Article