Najpierw musiałem przetrwać Wielkanoc. Pewnie nie raz i nie dwa wspominałem, iż nie cierpię świąt, a już Wielkanoc i Wszystkich Świętych, to na mojej liście największy tryger. Oczywiście moja nienawiść do tego czasu zrodziła się dzięki zdewociałym rodzicom, którzy zachowali się tak, jakby pani Dulska była ich niedoścignionym wzorem. Trzęsie mnie do tej pory na wspomnienie tych patologicznych dewiantów zaganiających nas siłą do pierwszych rzędów kościelnych ław w celu zaprezentowania doskonałej rodziny polskiego katoliba. A nie kończyło, ani nie zaczynało się to w kościele, bo przecież trzeba było zademonstrować swe wzorowo poprowadzone dzieci rodzinie, sąsiadom, komu się da, więc rożne ceremonialne posiłki, odwiedziny dorosłych z ciąganiem na nie wynudzonych dzieci, którym nie dają się bawić, bo wiadomo, dzieciak ma siedzieć cicho przy dorosłych, grzecznym być i żryć jak mu dają. Ale nie ma tego złego, dość gwałtownie się zorientowałem, co to za creme de la creme w tym wszystkim uczestniczy i kim tak naprawdę są moi rodzice. Wiedziałem zatem czego mam unikać i do dziś sobie to chwalę.
Tak się złożyło, iż właśnie w tych okolicach wypadały moje urodziny. Tym bardziej krew mnie zalewała, gdy te same bestie, które silą zmuszały mnie do udziału w swych zdegenerowanych obrzędach świecko-religijnych, ze słodkim uśmiechem składały mi życzenia. Na ogół takie, iż gdyby je złożyli swoim rodzicom, to by dostali w pysk: „żebyś zmądrzał, wydoroślał, etc…”.
Jaromir Nohavica – Mam jizvu na rtu
Mając takie przygotowanie praktyczne, dużo łatwiej mi się było oduczyć celebracji wszelkich świąt. Imieniny, urodziny, Boże Narodzenie, Nowy Rok, Wielkanoc i cała reszta zaczęły mi latać koło dzwonka, a gdy zacząłem pracować, cieszyłem się, gdy mogłem iść do roboty w dni świąteczne. Z dala od tłumu, przygotowań i rytuałów. Lubię spotykać się z ludźmi, ale z tymi, z którymi chcę i kiedy chcę. Inni miewali gorzej.
Mirosław Czyżykiewicz, Josif Brodski – Zastępowałem w klatce
Tegoroczna Wielkanoc była łatwa do przetrwania. W Irlandii handel działał każdego dnia, także w Wielką Niedzielę, więc nie było paniki, przesadnych kolejek, wykupowania towaru. Zresztą sam wtedy pracowałem, więc choćby nie miałem czasu w pierdoły. I tak oto nadeszła ona, piątka z przodu i piątka z tyłu. I to pod postacią, którą najbardziej lubię, czyli mojej żony mruczącej do mnie spod kołderki „Wszystkiego najlepszego, to ile masz lat?” Zacząłem liczyć na palcach, ale mi się coś pomyliło i pozwoliliśmy sobie na dodatkowy relaks. A potem była wyprawa odkrywczo-poszukiwawcza. Chodziło o odpowiedni prezent. Początkowo nic nie rzucało nam się w oczy, aż żona ma Świechna wskazała mi butik na samym końcu alejki, który już chciałem ominąć. Ale dobrze, weszliśmy i okazało się, iż szwedzki GANT robił tam wyprzedaż. No i oczy mi się zaświeciły, bo wisiała tam bardzo punkowa marynara patchworkowa. Zupełnie jak dla mnie, choćby rozmiar się zgadzał. I tylko jeden mały, naprawdę maleńki problem, problemik iż tak powiem, sprawił iż nie wróciłem wzbogacony o ten jakże ekstrawagancki produkt: guziczek nie chciał się dopiąć. „Kto tym Szwedom marynary pozwężał?! Może to zemsta za potop?”
Rozjuszyło mnie to wszystko do żywego, a jako iż większego rozmiaru nie posiadali, już, już byłem gotów prosić żonę o przyciasną marynarę, w końcu Johnny Rotten też nosił za małe, ważne żeby wcisnąć ramiona i się za bardzo nie napinać, żeby szwy na plecach nie puściły, guzika można nie zapinać, tylko tych 175 euro za sam ekscentryzm mnie trochę gryzło. Byłem o krok od dopełnienia formalności płatniczych (moja żona widząc mą desperację już trzymała kartę płatniczą w dłoni), gdy nagle patrzę, a tu rękawiczki z pięknej skórki. Czarne i brązowe, do wyboru. Tknęło mnie, przymierzyłem…, jakby na mnie robione. „Ciekawe, czym Szwedzi ocieplają to cacko?”, pomyślałem i nuże, szukać metki. KASZMIR! To znaczyło tylko jedno: Biorę obie pary, 25 euro każda, bo to jak za darmo. Gdybym miał żyłkę handlowca, wziąłbym całą resztę, ale iż jestem do tego antytalentem, poprzestałem na zaspokojeniu swej potrzeby posiadania. Na szczęście były tylko w dwóch kolorach, a nie w pięciu, bo musiałbym brać w pięciu, by nie mieć tego poczucia pozostawienia zdobyczy osobom niepowołanym, zupełnie niedoceniającym wartości znaleziska. Niesiony sukcesem, ruszyłem poprzez pozostałe butiki i u Armaniego odkryłem przecudnej urody koszulę ze wspaniałej, gęsto tkanej bawełny z printem umiarkowanie, aczkolwiek wystarczająco ekscentrycznym, by mnie z wyborcą PiS-u nikt nie pomylił. I ta cena! Na Jowisza! 35 euro, lubię to!
Tego dnia była jeszcze kawiarnia, hot-dogi na modłę irlandzką z food trucka i powrót do naszych wspaniałych kociczek, które w naszych głowach są przez cały czas maluchami, a potem już błogie lenistwo. choćby niczego specjalnego na obiad nie robiliśmy, została nam biała kiełbasa, to ją wypróbowaliśmy. Przed snem jeszcze tylko raz popatrzyłem na prezenty i byłem jakiś taki zadowolony. Wiem, iż całkiem spora grupa moich znajomych wolałaby zrobić imprezę urodzinową w domu, ewentualnie gdzieś w lokalu, ale ja zupełnie nie odczuwam takiej potrzeby. Na myśl o ewentualnych przygotowaniach odczuwam zniechęcenie. Wolę się przemieszczać w znane lub nieznane z moją żoną. Chwalę się tu prezentami, ale gdybym akurat nie znalazł niczego odpowiedniego, mielibyśmy za sobą dzień przechadzania się pomiędzy ludźmi. Kildare Village, bo tak się nazywa miejsce, w którym byliśmy, przyciąga przeróżnych klientów. Samo ich obserwowanie, analizowanie ich zachowań, było ciekawym przeżyciem. Okazuje się, iż ludzie w zależności od kręgu kulturowego, z którego się wywodzą, poszukują różnych produktów. Nie jest to dla mnie szczególnie wielkim odkryciem, ale już scena, gdy jakiś pan poszukuje u Armaniego białych klapków z tworzywa sztucznego zawsze chyba będzie mnie poruszać. Okazuje się, iż i w świątyni stylu można poszukiwać czegoś kiczowatego, a choćby da się to tam znaleźć!
Lech Janerka – Urodziny
Tyle razy słyszałem, iż ludzie w pewnym wieku nie lubią urodzin, nie lubią przyjmować w ten dzień życzeń, bo podobno przypominają im one o starzeniu się. Mój mózg działa jakoś inaczej. O nieubłaganie upływających latach, przynajmniej w sensie frustracji, przypomina mi zmęczenie, ból podczas zmieniania pozycji ciała, poczucie utraty sprawności, regularne wizyty u lekarza. Następuje to bez względu na „cyfrę”, z życzeniami i bez. Natomiast wady wieku rekompensuje mi poczucie wolności, to iż jestem samodzielny, iż jestem z tą kobietą, z którą chcę być, iż jesteśmy razem zgodni w tym, iż spośród dostępnych możliwości, wybieramy te, na które mamy ochotę, a nie te, które czyjaś norma uznaje za takie, które wybrać wypada. I nie mam poczucia, iż chciałbym wrócić do czasów młodości. Nie chciałbym. To był syf! Chcę mieć wybór, jak dzisiaj! I bardzo mi odpowiada świadomość, iż dzisiejsze dzieci nie spędzają czasu w trzepaku i z kluczem na szyi, bo wybierają ciekawsze zajęcia. Gdyby chciały, zawsze mogą stanąć pod trzepakiem i wywiesić nie jeden, a cały pęk kluczy na szyi!
Dezerter – Nas nie ma
Wracając do magicznej liczby 55. Nie wiem, nie mogę doszukać się w czymś takim przełomu. Część spraw zmienia się gwałtownie, część powoli, my się też zmieniamy, na szczęście! Nazywam to rozwojem. Kilka lat temu f-b wrzucił możliwość opisu swojej osoby w profilu, polegającą na odpowiadaniu na zadane pytania. Między innymi można było opowiedzieć o swoim największym osiągnięciu. Gdyby to było, gdy miałem lat 18, 20, a choćby 25, pewnie wpisywałbym informacje o tym, co ukończyłem, jaki czas osiągnąłem na 1500 dowolnym, albo gdzie wlazłem na własnych nogach. Jednak tych powiedzmy 5 lat temu na pytanie „Jaka jest najbardziej imponująca rzecz, jaką potrafisz robić” odpowiedziałem, iż umiem znaleźć rym do słowa „równo”. Innym ciekawym przykładem mojego rozwoju, była odpowiedź na pytanie, jaki utwór muzyczny cię najpełniej określa. 30 lat temu bez wahania odparłbym, iż „Nas nie ma” grupy Dezerter. Przed pięciu laty odpowiedziałem bez wahania „Hambrryda”.
Formacja Chłopięca Legitymacje – Hambrryda
To by było tyle o moim rozwoju. Dziś mam 55 lat.














