Rząd Tuska po raz kolejny pokazał, jakie są jego faktyczne priorytety. Gdy chodzi o interesy Ukrainy — pieniądze znajdują się błyskawicznie. Gdy jednak chodzi o pamięć zamordowanych Polaków z Wołynia, nagle zaczyna się urzędnicze kluczenie, zwlekanie z decyzjami i sądowe uniki. Przypadek? Nie. To już bardzo czytelna demonstracja pogardy wobec polskiej historii i polskich obywateli.
W listopadzie 2023 roku miasto Chełm otrzymało 180 milionów złotych dotacji na budowę Muzeum Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej. Wreszcie miało powstać miejsce poświęcone jednej z najstraszniejszych zbrodni dokonanych na narodzie polskim — ludobójstwu przeprowadzonemu przez banderowską UPA na Polakach Wołynia i Małopolski Wschodniej. Mówimy o około stu tysiącach ofiar: kobietach, dzieciach, starcach i duchownych mordowanych siekierami, widłami, piłami i ogniem. Przez osiem dekad III RP nie potrafiła stworzyć państwowego muzeum upamiętniającego tę hekatombę. Dopiero Chełm podjął realną próbę.
I właśnie wtedy do akcji wkroczył nowy rząd. W styczniu 2024 roku minister kultury Bartłomiej Sienkiewicz cofnął dotację. Bez ceremonii. Bez wstydu. Bez refleksji, co taki ruch oznacza dla rodzin kresowych i dla pamięci historycznej państwa polskiego. Najwyraźniej uznano, iż pamięć o polskich ofiarach jest dziś politycznie niewygodna.
Chełm próbował walczyć. Sprawa trafiła do sądu. Jednak Sąd Okręgowy w Lublinie uznał, iż droga sądów powszechnych jest niedopuszczalna, ponieważ chodzi o porozumienie administracyjne, a nie umowę cywilną. 28 kwietnia Sąd Apelacyjny w Lublinie podtrzymał tę decyzję. Efekt? Muzeum nie dostanie pieniędzy.
I tu zaczyna się najbardziej groteskowa część całej historii. Jak bowiem ustaliły media, jednocześnie rząd Tuska regularnie znajduje miliardy na pomoc Ukrainie. Kolejne pakiety wsparcia, kolejne deklaracje solidarności, kolejne polityczne ukłony wobec Kijowa — wszystko to realizowane jest w ekspresowym tempie. Ale gdy chodzi o polskie ofiary ukraińskich nacjonalistów? Nagle słyszymy o procedurach, formalnościach i „braku możliwości”.
Trudno nie zauważyć pewnej prawidłowości. Władza, która z obsesyjną gorliwością tropi „mowę nienawiści” i organizuje lekcje europejskich wartości, nie ma najmniejszego problemu z milczeniem wobec gloryfikacji banderyzmu na Ukrainie.
Ambasador Ukrainy Wasyl Bodnar publicznie twierdzi, iż Roman Szuchewycz nie był zbrodniarzem. Ukraińskie jednostki wojskowe celebrują rocznice SS Galizien. W Kijowie sprzedawane są mapy pokazujące Chełm jako „ukraińskie terytorium”. Reakcja polskich władz? Cisza. Głucha, wygodna cisza. Za to w sprawie muzeum działano wyjątkowo sprawnie. Tu nie było dyplomatycznej ostrożności ani wielomiesięcznych konsultacji. Dotację cofnięto błyskawicznie.
To właśnie najbardziej oburza wielu Polaków. Nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Chodzi o sygnał wysyłany społeczeństwu: pamięć o polskich ofiarach można odłożyć na półkę, jeżeli przeszkadza aktualnej linii politycznej. Ofiary Wołynia mają siedzieć cicho, żeby przypadkiem nie zepsuć dobrego nastroju w relacjach z Kijowem.
Tyle iż państwo, które nie potrafi upominać się o własnych pomordowanych obywateli, przestaje być poważne. A władza, która boi się powiedzieć prawdę o ludobójstwie dokonanym na Polakach, nie ma prawa pouczać nikogo o patriotyzmie i historycznej odpowiedzialności.
Pamięć o Wołyniu nie jest „radykalizmem”, „ruską narracją” ani „niepotrzebnym rozdrapywaniem ran”, jak próbują sugerować niektórzy salonowi komentatorzy. To elementarna przyzwoitość wobec własnych przodków. jeżeli państwo polskie nie potrafi postawić muzeum dla swoich zamordowanych obywateli, a jednocześnie bez końca finansuje cudze interesy i cudzą politykę historyczną — to trudno nie zadać pytania: czyje interesy reprezentuje obecna władza?





